Etykieta w Internecie, czyli szanujmy się nawzajem

Piotr Bolek

Adam Dawidziuk


Spis treści
1. Społeczność internetowa
2. Grzeczność w internecie
3. Kontakty z administratorem
4. Netykieta a WWW
5. Podsumowanie

Niniejszy tekst omawia czynniki, które przyczyniły się do powstania w ostatnich latach nieformalnej grupy ludzi zwanej czasem społecznością sieciową oraz normy postępowania, dzięki którym, zdaniem autorów, społeczność ta istnieje i jest postrzegana jako atrakcyjna.

1. Społeczność internetowa

Jak zapewne wszyscy wiemy, początki internetu sięgają lat sześćdziesiątych, a jego rodowód jest zdecydowanie militarny: armia amerykańska poszukiwała nowej techniki łączności, która byłaby w stanie przetrwać atak nuklearny. Konstruktorzy, przed którymi postawiono tak określone zadanie, rozwiązali problem w sposób równie prosty, co rewolucyjny. Myśląc o niezniszczalnym systemie komunikacji stworzyli metodę wymiany informacji, w której nie istnieje centralne zarządzanie. Z perspektywy czasu widzimy, że realizacja tego pomysłu ma bardzo daleko idące konsekwencje społeczne, które na pewno przerosły najśmielsze oczekiwania specjalistów od wojskowych systemów łączności.

Minęło bowiem 30 lat gwałtownego rozwoju elektroniki, informatyki i telekomunikacji, komputer stał się urządzeniem małym i tanim, a internet, jako sieć wszystkich sieci obejmująca swym zasięgiem cały świat, zachwycił swymi możliwościami całe rzesze ludzi. Można zastanawiać się, co w sieci komputerów połączonych kabelkami w tak magiczny sposób przyciąga osoby w różnym wieku i różnych stron świata. Temat niewątpliwie już wkrótce doczeka się szczegółowych opracowań poważnych filozofów, socjologów i psychologów. Dzisiaj możemy po prostu przyjąć istnienie międzynarodowej społeczności internetowej jako fakt. W społeczności tej obowiązują zasady nieco inne, niż w życiu realnym[1]. Zasady te bywają czasem źle rozumiane przez neofitów rozpoczynających swoje “sieciowe życie”, co prowadzi często do nieprzyjemnych nieporozumień. Aby zrozumieć niektóre zachowania ludzi w sieci, warto poznać istotne cechy internetu, które niewątpliwie przyczyniły się do powstania kultury sieciowej.

[1]real life, często w skrócie RL.

1.1. Komunikacja masowa

Internet jest pierwszym tanim i powszechnie dostępnym środkiem masowej komunikacji. Aby możliwa była komunikacja potrzebny jest dwukierunkowy przepływ informacji. Warunek ten nie jest spełniony w przypadku tzw. mediów tradycyjnych, czyli prasy, radia i telewizji. Media te nastawione są na przekaz i jest w nich zdecydowanie zarysowany podział na nadawcę i odbiorcę. Gdy nie zgadzamy się z treścią artykułu w prasie, możemy wysłać list do redakcji. Możemy pisać i dzwonić do radia i telewizji — ale zbyt wiele nie da się w ten sposób osiągnąć. Lepszą metodą jest wydawanie własnej gazety lub uruchomienie rozgłośni radiowej albo stacji telewizyjnej. Nie jest to jednak rozwiązanie powszechnie dostępne. Zresztą, jak sobie wyobrazić “dialog” między dwoma rozgłośniami radiowymi? Będzie to raczej walka o słuchaczy.

Internet, jako technika łączności, a nie przekazu, od samego początku służył wymianie informacji. Internetu nie należy więc zestawiać z gazetą, telewizją, czy radiem. Jest to raczej niezwykle twórcze rozwinięcie telefonu. Telefonu nieco dziwnego, bo wszyscy mogą w nim mówić jednocześnie[2]. Ważne jest też to, że odległość i granice państw przestają mieć znaczenie, a właściwie w ogóle nie istnieją. W internecie ludzi łączy nie wspólne miejsce zamieszkania, lecz wspólnota zainteresowań i poglądów.

[2] Podobno są też tacy, którzy chcą słuchać.

Ludzie oddaleni od siebie o tysiące kilometrów mogą razem pisać książkę lub tworzyć oprogramowanie. Mogą do woli dyskutować na ulubione tematy, dzielić się swoimi osiągnięciami, pomysłami, problemami. Termin “wioska globalna” w odniesieniu do internetu nie oznacza, jak w przypadku telewizji, że w wiadomościach emitowanych co jakiś czas można zobaczyć wypadek kolejowy, który wydarzył się na innym kontynencie. Dzięki internetowi, możemy znaleźć na innym kontynencie człowieka, który nam powie ile kosztuje piwo w lokalnym barze i czy w lipcu są tam dobre warunki narciarskie. My, być może kiedyś podamy komuś cenę biletu kolejowego na trasie Warszawa–Gdańsk lub wyślemy zdjęcie domu w Świdrze, przy ulicy Majowej, w którym urodził się dziadek jakiegoś współczesnego Amerykanina.

Niezwykle trudno wyobrazić sobie rzeczywisty zasięg internetu. Jeżeli wysyłamy list do kilku grup dyskusyjnych i list ten rozchodzi się do kilkuset, czy kilku tysięcy, potencjalnie zainteresowanych nim osób na całym świecie, to jest to przypadek jeszcze prosty. List, w szczególności podpis, jest jednak analizowany przez automat (lub automaty), zapamiętywany w bazach danych, do której dostęp jest publiczny. Po jakimś czasie, ku swemu zdziwieniu, otrzymujemy wiadomość z Australii: “Cześć, podobno mieszkasz w Otwocku. W Świdrze przy ulicy Majowej, róg Pogodnej, urodził się mój dziadek. Mógłbyś może cyknąć zdjęcie, takiego dużego drewnianego domu, wskanować je i mi podesłać…”.

Podobne mechanizmy zaobserwować można w przypadku WWW. Na polecenie pracodawcy tworzymy króciutką stronę, gdzie podajemy kilka informacji o sobie, o swoich zainteresowaniach i osiągnięciach zawodowych i na końcu prywatny adres oraz numer telefonu. W zamierzeniach firmy strona ma charakter wewnętrzny. Okazuje się jednak, że treść stron dokładnie analizują zupełnie zewnętrzne programy–“robale” (worm–programs), które nieustannie wędrują po całej pajęczynie internetu, indeksują informacje, zapisują je w przepastnych bazach danych, do których dostęp jest oczywiście publiczny. Mijają miesiące. Zmieniamy pracę, a wciąż jesteśmy zasypywani zaproszeniami na kolejne konferencje w różnych egzotycznych miejscach i zupełnie nie mamy pojęcia “skąd oni mają adres”. Sprawa się wyjaśnia, gdy dostajemy list, tym razem z Nowego Jorku: “Cześć, znalazłem w necie Twoją stronę. Podobno mieszkasz w Otwocku. Właśnie po dziadku odziedziczyłem kilka działek, dwie wille i domek letni. Z planu miasta wynika, że to tuż obok Ciebie. Czy byłbyś tak miły, cyknął zdjęcie i…”. Łatwość z jaką można z konkretną informacją dotrzeć do osób najbardziej zainteresowanych, bez względu na odległość rzeczywiście może zadziwić.

Innym przykładem ilustrującym dwukierunkowość przepływu informacji jest np. dydaktyka internetowa. Wiele uczelni na świecie finansuje programy wprowadzania i tworzenia materiałów dydaktycznych w sieci. Głównie dlatego, że tak jest najtaniej, ale również ze względu na natychmiastową informację zwrotną od studentów. Odpowiednie strony WWW tworzy wykładowca i jeszcze przed egzaminem otrzymuje informacje od studentów, którzy wyłapują niejasne fragmenty tekstu i pytają. Tekst jest natychmiast poprawiany. Trudno wyobrazić sobie lepszą redakcję merytoryczną.

1.2. Wolność wypowiedzi

Kolejną, zupełnie wcześniej nie spotykaną w innych mediach cechą, jest wolność wypowiedzi. Internet jest przecież z zasady działania techniką łączności pozbawioną nadzoru. Więc każdy może mówić co chce, jak chce i kiedy chce. Któż z nas lubi być cenzurowany? Zwykle jesteśmy głęboko przekonani o swojej racji. I właśnie dlatego lubimy internet. Możemy powiedzieć coś w taki sposób, że (potencjalnie) usłyszy nas cały świat i na dodatek może to być dokładnie to co myślimy.

W internecie nie ma mechanizmów zapewniających możliwość kontroli przesyłanych treści. I nic nie wskazuje na to, że mechanizmy takie wkrótce się pojawią. Niczego nie da się zabronić wprowadzając odpowiednie przepisy prawne. Zawsze znajdzie się kraj, w którym prawo będzie mniej restrykcyjne, a mamy do czynienia z “wioską globalną” w której nie ma granic. Programy “filtrujące” dokonujące analizy tekstu równie skutecznie odcinają od pornografii jak i od serwisów medycznych. Grafiki prawdopodobnie nie będziemy w stanie analizować nigdy — postrzeganie to złożony proces fizjologiczno–psychiczny zdecydowanie przekraczający możliwości współczesnych maszyn (często sami na pierwszy rzut oka nie wiemy co przedstawia obraz, skąd więc ma to wiedzieć biedny komputer).

Bez względu, czy się nam się to podoba, czy nie, w internecie panuje prawdziwa wolność słowa. Co ma również swoje dobre strony.

1.3. Wirtualna rzeczywistość

Internet niezwykle mocno wpływa na stosunki międzyludzkie. Jesteśmy przystosowani do kontaktów bezpośrednich. I w oparciu o takie kontakty rozwinięte były normy zachowań. W wirtualnym świecie sieci komputerowych wiele z tych norm ulega zmianie. Efekt ten widać mocno już na prostym przykładzie poczty elektronicznej, która jest traktowana zdecydowanie mniej formalnie niż poczta tradycyjna oraz mniej bezpośrednio niż rozmowa. Listy w kilka sekund dostają się na drugi koniec świata, a my nie widzimy twarzy rozmówcy. Łatwiej wyrażamy myśli i uczucia, o których byśmy nie pisali na papierze, ani nie powiedzieli patrząc w oczy. Odwaga wypowiedzi często rośnie proporcjonalnie do długości kabelków. I stąd listy elektroniczne przeładowane frustracją, czy irytacją. Można też znaleźć uczucia bardziej pozytywne, ale rzadko. Do pisania o miłości papier bardziej się nadaje, a jeśli już ktoś zdecyduje się na e–mail, to raczej nie posyła swoich wyznań do listy dyskusyjnej, lecz zwykle do bardzo konkretnej osoby.

Internet daje też możliwość ukrycia swojej prawdziwej tożsamości. Ktoś, kto w dzień jest prawym i porządnym obywatelem, wieczorem może uczestniczyć w dowolnych dyskusjach na dowolnym poziomie, skutecznie ukrywając swoje nazwisko, stanowisko i stan społeczny. Jeśli postępuje tak ktoś zbyt nieśmiały, aby w inny sposób pokazać publicznie własne wiersze, to trudno dopatrywać się w tym czegoś niewłaściwego. Zwykle jednak nie daje się ustalić nazwiska, ani pochodzenia osób prezentujących “bardzo dziwne” poglądy.

Podobnie jest w przypadku serwisów WWW. Każdy może pokazać cokolwiek i nie ma możliwości bezpośredniego sprawdzenia ani wiarygodności autora, ani prawdziwości podawanych informacji.

Funkcjonuje dosyć ciekawe porównanie, w którym internet zestawia się z granicą cywilizacji, prawa i porządku, która istniała w czasach zdobywaniu Dzikiego Zachodu w Ameryce. Jak wiadomo, “świat pogranicza” przyciąga poszukiwaczy przygód, odkrywców i badaczy oraz, zaraz potem, tych wszystkich, którzy do normalnego społeczeństwa nie mogli się dopasować. Wizje swobody, braku ograniczeń i możliwości schowania się pod pseudonimem są dla wielu bardzo kuszące.

1.4. Ograniczenia, czyli etykieta sieciowa

Rozwój internetu był możliwy dzięki dobrej woli wielu ludzi. Możemy powiedzieć, że istnienie internetu jest przejawem woli współdziałania ludzi na całym świecie. Nie ma centralnego zarządzania, więc, żeby sieć mogła istnieć, jej uczestnicy dobrowolnie muszą przestrzegać ściśle określonych reguł. W szczególności dotyczy to administratorów, którzy tworzą nowe oczka sieci i dołączają do internetu kolejne maszyny. Gdyby nie ich dobra wola internet by po prostu nie istniał. Warto pamiętać, że internetu nie zakładały w Polsce firmy komercyjne, a pracownicy uczelni, często poświęcając temu zajęciu swój prywatny czas.

Otwartość internetu i zaufanie jego twórców do dobrej woli użytkowników, można by nazwać naiwnością, gdyby nie fakt, że internet istnieje. Protokół wymiany informacji w sieci, w swej pierwotnej wersji, nie zapewnia żadnej ochrony danych. To my chcemy szanować prywatność innych i dlatego nie próbujemy przechwytywać informacji nie kierowanej do nas. Mimo, że nie ma zabezpieczeń, nie włamujemy się na inne maszyny. Dbamy o to, żeby trzymać się wyznaczonych konwencji nazewnictwa, numerowania, itd. Bo ich nieprzestrzeganie zakłóci pracę sieci[3]. Przestrzegamy również standardów nieformalnych, ponieważ myślimy również o potrzebach i możliwościach innych.

[3] Oczywiście lokalnie – całość jest przecież niezniszczalna.

Chęć współdziałania wciąż jest w internecie bardzo widoczna. Świadczy o tym choćby rozwój wolnego (free) oprogramowania. Tysiące ludzi, z własnej woli, poświęca swój czas tworząc wspólnie oprogramowanie niewiarygodnej wręcz jakości. Dzięki dobrej woli członków społeczności sieciowej wszyscy bezpłatnie możemy korzystać z produktów takich jak Linux, ghostscript, TeX, perl i wielu innych. Niniejszy teskt, oryginalnie pisany w SGML–u, istnieje we wszystkich swoich wersjach ostatecznych (druk, HTML, PostScript, PDF) wyłącznie dzięki użyciu oprogramowania, które ktoś stworzył i udostępnił bezpłatnie w internecie.

I to jest właśnie fenomen internetu. Wszystko możemy, lecz nie korzystamy z “rozpasanej wolności”, lecz staramy się w miarę swoich możliwości pomagać innym, zakładając ich dobrą wolę. Przestrzegamy zasad współistnienia w sieci, bo nie chcemy być dla nikogo uciążliwi. Tak nakazuje “prastary” obyczaj internetowy.