Fot. NaszJeśli na skutek nowych przepisów niepubliczne ośrodki adopcyjno-opiekuńcze przestaną po 1 stycznia działać, stracą na tym wszyscy: dzieci, rodzice i państwo – mówi Monika Redziak, psycholog i zastępca dyrektora Katolickiego Ośrodka Opiekuńczo-Wychowawczego w Warszawie. W rozmowie z KAI ocenia, że nowa ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej ma zarówno słabe, jak i mocne strony. Krytykuje jednak brak zaplecza finansowego do jej wdrożenia, co może zdezorganizować w nowym roku pracę ośrodków adopcyjnych w całym kraju.

KAI: Jak ocenia Pani nowe przepisy adopcyjne, które zaczną obowiązywać od nowego roku?

- Nowa ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej ma zarówno słabe, jak i mocne strony. Idea, by pracować z rodziną, gdy ta jest w kryzysie i nie dopuścić do jej rozpadu, jest słuszna. Pozytywne jest powołanie w tym celu asystentów rodzinnych. Niestety samorządy gmin mają na te stanowiska zbyt mało środków i już w tej chwili pojawił się projekt nowelizacji, w którym rolę asystenta można będzie jednak łączyć z wykonywaniem zadań pracownika socjalnego, jeżeli praca ta odbywa się na terenie innej gminy. Obniży to skuteczność pracy asystenta.

Pozytywne w nowej ustawie jest ustanowienie tzw. koordynatorów wspierających osoby sprawujące rodzinną pieczę zastępczą. Jednakże mają oni również spełniać rolę kontrolno-oceniającą, co może spowodować nieskuteczność ich pracy. Skutecznie wspierać może tylko osoba, która nie ocenia a jednocześnie nie rozlicza. Ponadto pierwotnie koordynatorzy mieli być zatrudniani przez organizatorów rodzinnej pieczy zastępczej. W trakcie prac nad ustawą dodano możliwość wypełniania funkcji organizatora rodzinnej pieczy zastępczej przez powiatowe centra pomocy rodzinie, które spełniają funkcje kontrolne nad rodzinną pieczą zastępczą. To jeszcze ściślej wiąże wspieranie z nadzorem. W praktyce to, co było cenne, z powodu braku środków, zostało zmodyfikowane. Dokonało się to ze szkodą dla rodzin biologicznych i rodzicielstwa zastępczego.

Procedury adopcyjne będą finansowane z budżetu państwa, gdyż zadaniem zleconym realizowanym przez samorząd województwa będzie prowadzenie ośrodków adopcyjnych (teraz jest to zadanie własne powiatu). Ideą takiego rozwiązania było to, żeby adopcja nie podlegała rejonizacji. Jest to słuszne, ale obecnie widać, że w procesie przejmowania ośrodków adopcyjnych przez marszałków województw zabrakło zabezpieczenia strony finansowej. Środki na prowadzenie procedur adopcyjnych w 2012 r. zostały ujęte w projekcie ustawy budżetowej na 2012 r. w rezerwie celowej, która może być uruchomiona dopiero w drugim kwartale. To doprowadzi do przerwania pracy ośrodków adopcyjnych. Ponadto, jak wyjaśnia MPiPS w odpowiedzi na artykuł z Dziennika Gazety Prawnej „Nowe prawo miało ułatwić adopcję, ale je ograniczy" (z 4 listopada 2011 r.), jest to kwota ok. 25 mln zł na prowadzenie ośrodków adopcyjnych. Na jedno województwo średnio przypada więc ok. 1,5 mln zł. Jest to zbyt mała kwota w stosunku do potrzeb. Dodatkowo napisane jest, że chodzi o prowadzenie ośrodków adopcyjnych, tak więc nie zaplanowano środków na zlecanie zadań w tym zakresie ośrodkom niepublicznym!

Obecnie większość ośrodków adopcyjno-opiekuńczych, a zwłaszcza niepubliczne, które spełniają ustawowe kryteria, by kontynuować swoją działalność według nowych przepisów, nie mają pewności, jak po 1 stycznia będzie wyglądała sytuacja tych, na rzecz których pracują: matek biologicznych, dzieci, osób przygotowujących się do adopcji lub też już oczekujących na dziecko oraz rodzin będących w trakcie sądowej procedury przysposobienia. Istnieje realna groźba, że będą musiały one zakończyć swoją działalność. Sytuacja ta powoduje duże zaniepokojenie wśród rodziców adoptujących dziecko (procedura sądowa jest rozciągnięta w czasie) i osób przygotowujących się do tego procesu.

KAI: O co się martwicie w Waszym ośrodku?

- Jako ośrodek niepubliczny nie jesteśmy pewni tego, co nas czeka. W 2010 r. powierzyliśmy w kraju 61 rodzinom adopcyjnym 63 dzieci i za granicą 58 rodzinom – 92 dzieci. Kryterium z nowej ustawy (20 pełnych procedur adopcyjnych przeprowadzonych w 2010 r.) przekraczamy prawie ośmiokrotnie! Mamy już grudzień i mimo gwarancji ustawowych na kontynuowanie działalności nadal nie wiemy czy i na jakich zasadach zostanie zlecone nam zadanie prowadzenia ośrodka adopcyjnego. Stan ten wynika z braku wiedzy jakimi środkami na to zadanie będzie dysponował marszałek województwa mazowieckiego czy też Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej, które z jego ramienia zajmuje się kwestiami adopcyjnymi. Martwimy się więc o umowę z MCPS.

Ponadto dochodzą do nas bardzo niepokojące informacje, że konsekwencją nowej ustawy będzie wygaszanie działania niepublicznych ośrodków adopcyjnych. A przecież według danych z MCPS w województwie mazowieckim w 2010 r. to niepubliczne ośrodki adopcyjno-opiekuńcze przeprowadziły więcej adopcji niż publiczne, bo 60% ogółu. Przy tym, zaangażowanych było mniej pracowników (jest o 10 mniej etatów w ośrodkach niepublicznych w stosunku do publicznych). W 2011 r. niepubliczne ośrodki adopcyjno-opiekuńcze wykorzystają tylko 42% ogółu środków publicznych przeznaczonych na cele adopcyjne (z 58% tych środków skorzystają ośrodki publiczne). Ośrodki niepubliczne na Mazowszu są więc efektywniejsze i wydajniejsze!

Jeśli niepubliczne ośrodki adopcyjno-opiekuńcze przestaną działać, stracą na tym wszyscy: dzieci, rodzice i państwo. Miesięczny koszt utrzymania jednego dziecka w placówce na Mazowszu to ok. 4,5 tys. zł, roczny - 54 tys. zł. Ponadto aktualnie w naszym województwie nie ma wolnych miejsc w placówkach dla dzieci. Wygaszanie działania, a więc faktycznie likwidacja niepublicznych ośrodków adopcyjno-opiekuńczych jest wbrew interesowi społecznemu (utrudni rozwiązywanie problemów społecznych), racjonalnym zasadom działania oraz konstytucyjnej zasadzie pomocniczości.

KAI: Jak Pani skomentuje ustawowy wymóg przeprowadzenia 10 adopcji w ośrodkach publicznych i 20 w niepublicznych w 2010 r.?

- Postawienie wyższych kryteriów dla ośrodków niepublicznych niż dla ośrodków publicznych jest krzywdzące. To zróżnicowanie uzasadniane jest w ten sposób: w przypadku ośrodków publicznych marszałek województwa ma obowiązek zatrudnić tylko pracowników merytorycznych, a nie np. biurowych. Natomiast w przypadku ośrodka niepublicznego podpisuje umowę z całym ośrodkiem. Obecnie powiat jest odpowiedzialny w 100 proc. za budżet ośrodka publicznego. Ten sam powiat przekazuje ośrodkowi niepublicznemu dotację, która stanowi tylko część jego budżetu. Tak samo – nie w 100 proc., a jedynie częściowo – ośrodki niepubliczne będzie finansował marszałek województwa.

Dlatego nie widzę uzasadnienia dla różnicowania kryteriów finansowania. Jeśli niepubliczny ośrodek przeprowadzi np. 16 czy 18 adopcji, a ośrodek publiczny tylko 10, to ten pierwszy jest przecież zdecydowanie prężniejszy. Publicznemu daje się szansę, a niepubliczny zostanie zamknięty. Będzie to niekorzystne dla całego systemu.

KAI: Likwidacja niektórych ośrodków może wydłużyć procedury adopcyjne?

- W każdej części Polski będzie to pewnie wyglądało inaczej. Jeśli w danym województwie zostaną np. dwa ośrodki adopcyjne, to część rodziców będzie miała problemy z dojazdem na szkolenia. Do tego likwidacja dwóch-trzech mniejszych ośrodków nie sprawi, że te pozostałe będą pracowały efektywniej, przynajmniej przez pierwsze lata działania na nowych zasadach. Rodzice będą musieli więc dłużej czekać na rozpoczęcie procedur przygotowania do adopcji.

W województwie mazowieckim jest 12 ośrodków adopcyjno-opiekuńczych. Według kryteriów zapisanych w nowej ustawie ma nadal działać 9 z nich. – Jeśli zostanie zrealizowany zapis nowej ustawy to problem ten w przyszłym roku nie powinien nas dotyczyć. Ale aktualnie nadal znakiem zapytania jest wysokość przekazanych nam środków i forma przekazania. Koniec tego roku jest pełen niepokoju.

KAI: Czy istnieje zagrożenie, że ośrodki będą przyspieszać procedury adopcyjne, aby zmieścić się w minimalnej liczbie przeprowadzonych adopcji? Kto na tym straci?

- Kryterium liczby przeprowadzonych adopcji dotyczy 2010 r. Do tej pory nikt nie określił wymogów, jakie po 1 stycznia 2012 r. będą postawione ośrodkom adopcyjnym. Będzie to indywidualna kwestia marszałków województw i regionalnych ośrodków polityki społecznej. Położenie nacisku na liczby przy przeprowadzaniu adopcji będzie szkodliwe dla jakości tych procedur. Liczę na to, że takie myślenie o adopcji nie będzie występować. Inaczej może się zdarzyć, że dzieci będą trafiać do rodzin źle, bo pośpiesznie szkolonych, i niewystarczająco dobrze, bo zbyt szybko, zdiagnozowanych. Stracą na tym dzieci.

KAI: Wprowadzona w nowej ustawie odpłatność za kurs może zniechęcić do adopcji a zachęcić do „kupna" dziecka w szarej strefie?

- Część małżeństw decydujących się na adopcję to pary, które wcześniej starały się o poczęcie metodą zapłodnienia in vitro i ponosiły z tego tytułu znaczne większe koszty niż opłaty za szkolenie adopcyjne. Dlatego uważam, że dla części par będzie to kwota duża, dla innych nie. Osoby, które przygotowują się do adopcji, muszą mieć dobrą sytuację materialną, która umożliwi w przyszłości wychowanie dziecka. Teoretycznie powinni dać sobie radę z zapłaceniem tej kwoty. Nowa ustawa przewiduje jednak możliwość zwolnienia z części lub całości opłat adopcyjnych.

Pary, które rozpoczną szkolenie już na nowych warunkach, także finansowych, na ogół podchodzą do tych zapisów ze zrozumieniem. Rozmawiałam niedawno z małżeństwem o łącznych dochodach ok. 5 tys. Poinformowałam ich o kosztach. Odpowiedzieli, że kwota 2 tys. zł jest do przyjęcia, prawdopodobnie wezmą niewielki kredyt, co już im się zdarzyło przy finansowaniu kosztów diagnozy płodności. W takiej sytuacji po prostu wiedzą, że nie mają innej możliwości, jeśli chcą adoptować dziecko.

KAI: Z jednej strony wprowadzenie odpłatności za adopcję, która de facto odciąża państwo od dalszego utrzymywania dziecka w placówce, z drugiej strony postulaty dofinansowania in vitro z budżetu. Czy to sprawiedliwe?

- Jest tu jakiś paradoks. Jeśli już zwalniać kogoś z kosztów, to na pewno rodziców adopcyjnych. Z drugiej strony rozumiem też, dlaczego wprowadzono odpłatność za adopcję. Państwo wzięło na siebie koszty prowadzenia procedur adopcyjnych, ale obecnie nie jest w stanie ponosić ich w całości. Dlatego częścią kosztów (tych związanych ze szkoleniem) obarczeni są sami starający się o adopcję. Jednak to nie wszystko. Pozostają jeszcze koszty diagnozy, których kandydaci na rodziców nie ponoszą.

W prawie nie było do tej pory zapisanego obowiązku szkolenia rodzin adopcyjnych, tylko rodzin zastępczych. Funkcjonuje natomiast z powodzeniem pewna praktyka, która działa wedle zasad analogicznych dla rodzin zastępczych: szkolenie – diagnoza – kwalifikacja końcowa. Obowiązek szkolenia i diagnozy par adopcyjnych pojawia się w nowej ustawie, nie ma jednak, niestety kwalifikacji.

Pozytywnym rozwiązaniem w nowej ustawie jest też obowiązek zgłaszania przez szpitale ośrodkom adopcyjnym przypadków pozostawienia noworodków przez matki. Do tej pory takiego zapisu nie było, co skutkowało istnieniem adopcyjnej szarej strefy. Może się ona rozrastać, jeśli po nowym roku będzie mniej ośrodków, a okres niepewności spowodowanych wprowadzaniem nowych regulacji będzie się przeciągał.

Niektóre szpitale zgłaszają ośrodkom dzieci pozostawione po porodzie, inne nie. Powstaje więc pytanie, jaki jest los tych dzieci? Nowa ustawa w żaden sposób nie odnosi się bowiem do przypadków tzw. adopcji ze zrzeczeniem, które wciąż będą się pojawiać. Oznacza to, że matka będzie nadal mogła po urodzeniu dziecka przekazać je, korzystając z pomocy prawnej, wybranej przez siebie rodzinie, z którą porozumie się przez Internet. Natomiast dzięki takiemu zapisowi proces kojarzenia dziecka z rodzicami adopcyjnymi nie będzie mógł się odbywać za pośrednictwem szpitala albo przynajmniej będzie ograniczony.

KAI: Niektóre ośrodki są krytyczne wobec „okien życia" ze względu na komplikacje w postępowaniu o pozbawienie władzy rodzicielskiej, które otwiera drogę do adopcji.

- Rozumiem, że matki, które urodziły dziecko i nie chcą lub nie mogą go wychować, mogą się bać przyjść do ośrodka adopcyjnego. Towarzyszy im strach przed byciem ocenianą przez ośrodek. Mogą też nie wiedzieć, gdzie się udać, by oddać dziecko. W szpitalu pomocą w takiej sytuacji powinna służyć pielęgniarka środowiskowa. To z nią najczęściej kontaktuje się ośrodek adopcyjny na etapie przekazywania dziecka pod opiekę placówki.

Według prawa, po porodzie kobieta ma sześć tygodni na podjęcie ostatecznej decyzji co do zrzeczenia się praw do dziecka. Jest to czas wystarczająco długi, by nie podejmować jej pochopnie, w oparciu o emocje. Najważniejsze jest jednak, by matki sygnalizowały, że potrzebują pomocy; by nie bały się o tym mówić. Niewątpliwie przydałoby się też rozpowszechnianie wiedzy o roli samych ośrodków adopcyjnych i o tym, jak mogą one pomóc matkom. Ważniejsze byłoby uświadamianie społeczeństwa właśnie w tej kwestii, niż promowanie okien życia. Zwiększa się bowiem wtedy szansa na to, że oddanie dziecka będzie decyzją świadomą.

Z naszej pracy wynika, że 13 proc. matek w trakcie tych sześciu tygodni zmienia swoją wstępną decyzję – zabiera dziecko z placówki i wychowuje samodzielnie. Traktujemy to jako sukces. Przy adopcji nie chodzi o to, by za wszelką cenę zabrać dziecko matce biologicznej i przekazać je do nowej rodziny.

Minusem okna życia jest to, że nic nie wiadomo o matce, jej rodzinie, przebiegu ciąży, potencjalnym obciążeniu dziecka chorobami. Adoptowane dziecko kiedyś będzie chciało dowiedzieć się czegoś o swojej rodzinie biologicznej, tj. o swoich korzeniach. W przypadku okien życia nie będzie to możliwe. Oddane tam dziecko nie zyska tej wiedzy. Podobno we Francji, gdzie istniała m.in. możliwość anonimowego oddawania dziecka, powstał ruch dzieci adoptowanych, którym trudno jest żyć bez wiedzy o swoim pochodzeniu?

KAI: Pracom nad ustawą towarzyszyła kontrowersyjna debata na temat kandydatur osób homoseksualnych na rodziców zastępczych lub asystentów rodziny...

- W przypadku rodzicielstwa zastępczego ustawa stanowi, że muszą to być osoby, które dają gwarancję właściwej opieki nad dzieckiem. Wychowanie dokonuje się w pełnej rodzinie, a dziecko odkrywa swoją identyfikację seksualną, obserwując osobę dorosłą. Według mnie, psychologa, osoby wierzącej i pracującej w Katolickim Ośrodku Adopcyjno-Opiekuńczym, osoba homoseksualna nie daje takiej gwarancji, nie spełni właściwie swej roli wychowawczej wobec dziecka. Takie jest stanowisko ośrodków katolickich i z takim nastawieniem pracowaliśmy do tej pory także my, przygotowując przyszłych rodziców zastępczych. Trudno powiedzieć, jaką strategię przyjmą ośrodki publiczne.

W świetle obowiązującego obecnie prawa hipotetycznie o adopcję może się starać osoba o orientacji homoseksualnej, która jest samotna lub swojego związku nie ujawnia. Osobiście jednak nie spotkałam takiego przypadku. Na szczęście wciąż nie obowiązuje żadna ustawa o związkach partnerskich, która gwarantowałaby parom homoseksualnym prawa równe parom małżeńskim.

KAI: Jak na zmiany dokonujące się w prawie adopcyjnym reagują pary, które rozpoczną szkolenie już na nowych warunkach?

- Uprzedzamy o zmianach, do których jako ośrodek będziemy musieli się dostosować. Chodzi nie tylko o ustawową odpłatność, ale też o zmiany w programie szkolenia i diagnozie kandydatów na rodziców. O szczegółach będziemy informować w styczniu. Ustawa daje nam gwarancję ciągłości pracy i póki co na tym się opieramy. W tej trudnej sytuacji staramy się myśleć optymistycznie.

 

Rozmawiał Łukasz Kasper

 

Katolicka Agencja Informacyjna