Obrońcom życia z Urugwaju nie udało się doprowadzić do uchylenia przyjętego w ubiegłym roku jednego z najbardziej liberalnych w Ameryce Południowej ustawodawstwa depenalizującego aborcję. Chcieli to uczynić na drodze referendum, jednak w głosowaniu udział wzięło mniej niż 25 proc. zarejestrowanych wyborców kraju. W takich przypadkach konstytucja Urugwaju każe uznać referendum za niewiążące, a parlament nie jest obligowany do brania jego wyników pod uwagę.

Kampanię na rzecz uchylenia liberalizacji aborcji wsparł były prezydent kraju, niezwykle popularny Tabaré Vázquez. Pod wnioskiem o referendum zebrano ponad 50 tys. wymaganych podpisów. Aby odwołać regulacje potrzebnych było 665 tys. głosów poparcia, stanowiących jedną czwartą wszystkich wyborców w kraju. Ostatecznie w referendum udział wzięło tylko 226 653 wyborców (8,65 proc.).

Jedną z przyczyn fiaska referendum była, jak wskazują obrońcy życia, postawa rządu, który nie zorganizował nawet kampanii informującej, gdzie znajdują się lokale wyborcze i w jakich godzinach są otwarte. Rządzący krajem lewicowy blok partyjny Szeroki Front namawiał natomiast obywateli do bojkotu referendum.

Ustawę legalizującą aborcję parlament Urugwaju przyjął nieznaczną przewagą głosów w październiku 2012 roku. Jako trzecie państwo w regionie, po Kubie i Gujanie, zalegalizowano aborcję na życzenie do 12. tygodnia ciąży.

 

Katolicka Agencja Informacyjna