Debowiec sankPodczas godziny świadectw wspomniałam, że nie miałam oczekiwań jadąc na rekolekcje.

Nie chciałam zakładać, co usłyszę i nasłuchiwać, kiedy to wybrzmi. Pozwoliłam, aby Pan Bóg sam położył akcent tam, gdzie uzna za stosowne.

I zaryzykuję stwierdzeniem, że położył.


Na ORDŻ jechałam bardzo ciekawa konferencji pana Jacka Pulikowskiego. Słuchaliśmy ich z mężem uważnie. Przyjemnie było się zgodzić, że w tak wielu poruszanych aspektach zdajemy życiowy egzamin. Oczywiście, nad niejednym musimy pracować, bo każdy ma pole gdzie może się wykazać. Nawet 200% racji, nie jest ważniejsze od relacji. Ja, kobieta, która z natury oczekuje przeprosin nawet wtedy, kiedy sama coś zrobi źle, wydrukowałam te słowa i przykleiłam na lodówce. Spisałabym jeszcze kilkanaście innych, małżeńskich sentencji, ale okazało się, że nie jest to sfera, którą Pan Bóg pragnie we mnie dotykać najmocniej...

Za każdym razem, kiedy ktoś z naszych znajomych, przyjaciół, dowiaduje się, że serce jego dziecka przestało bić, wzbudza się we mnie żal i niezrozumienie. Boże, to tak wspaniali ludzie, dali by temu dziecku tyle miłości, dlaczego dopuszczasz na nich taki dramat? Pytałam. Co mówić rodzicom w takim czasie? Opowiadać o cudach uzdrowień, kiedy u nich cud się nie wydarzył? Czy modlitwy tych rodziców, o zdrowie i życie swojego dziecka były mniej wartościowe od modlitw, które zostały wysłuchane? Słuchać w milczeniu. Towarzyszyć w bólu. To tak wielka, trudna tajemnica. Rodzice tych dzieci są dla mnie największymi nauczycielami zaufania Panu Bogu, nawet jeśli sami dźwigają krzyż zawiedzonego wołania. To Oni, są dla mnie nauką krzyża, nauka zaufania mimo wszystko. „Wierzyć, to znaczy ufać, kiedy cudów nie ma” - pisał ksiądz Twardowski. Nie wiem czy Pan Bóg uzdrowił moją wiarę w sens tych wydarzeń, w sens cierpienia dzieci, z którymi spotykam się podczas pracy w szpitalu, ale na pewno nasycił jeszcze mocniej potrzebę dziękowania za zdrowie i życie moich dwóch córeczek. Z każdym dniem przypominał, jak wielkim są dla mnie darem. Z tą świadomością nie przyszedł jak delikatny wietrzyk, ale mocny podmuch Ducha Świętego…

Było dla nas niemal regułą, że przed każdymi rekolekcjami natrafiliśmy na problemy, które stawiały pod znakiem zapytania nasze uczestnictwo. Tym razem było inaczej. Komplikacje, jeśli tak mogę to nazwać, pojawiły się gdy dotarliśmy już na miejsce i starsza córeczka zaczęła dawać mocno do wiwatu swoją przekornością i nieposłuszeństwem. Zadawaliśmy sobie pytanie: Dlaczego? Co się dzieje z naszą Marysią? Gdzie się podziała ta rozkoszna dziewczynka? Problem adaptacyjny 3,5-latka? Naprawdę chcesz Boże, aby przez takie głupoty rozbiło się nasze skupienie na tych rekolekcjach? I kiedy wydawałoby się, że przegrywamy z sytuacją, że lada moment spakujemy się i wrócimy do domu, nagle piątkowy plan dnia zmienia się i spędzamy wieczór oglądając „Chatę”. Jak to się stało, że dotychczas nie słyszałam o książce, na bazie której powstał ten film, nie wiem? Wiem jednak, że nieznajomość treści rozbiła moje serce na milion kawałków. Zalała mnie fala łez, tak niepojęta, oczyszczająca fala łez. Nie dotrwałam do ostatniej sceny. Musiałam wyjść do swojego dziecka i przez długi czas nie wypuszczać Jej z objęć. Tak zalana łzami przepraszałam za swoje niedoskonałości jako rodzic, powtarzając jak bardzo Ją kocham. Dziękując Bogu, że Ją mam. Nie wiem ile nasz maluszek zrozumiał z tej sytuacji – mama płacze, a mówi że jest dobrze? Jej spojrzenie z owej chwili, jej łapki przyklejone do mojej twarzy będą obrazem towarzyszącym mi do końca życia. Tak samo jak świadomość, że jest moim cudem z Nieba. Chwilę po mnie, dołączył mąż. Dziś czuję, że te niezrozumiałe zachowania Marysi miały się temu przysłużyć. Być może Pan Bóg dopuścił do tego, aby oczyścić to, co mimowolnie wkrada się w serce człowieka – rutyna, znużenie, złość, narzekanie. Wkrada malutkimi kroczkami i zatruwa piękno relacji łączącej najbliższych sobie ludzi. Tam, gdzie serce powinna wypełniać wyłącznie miłość i wdzięczność. Pan Bóg jest czułym, czujnym Ojcem i najlepszym psychologiem. Zaczęło się nowe...


Podczas tych rekolekcji nie wiele padło treści, które byłyby dla mnie nowe, ale na pewno bardzo wiele z nich zostało właściwie uporządkowanych i ugruntowanych. Dzięki naszej parze prowadzącej – Małgosi i Arturowi, pierwszy raz od czterech lat poczułam się rozmodlona podczas odnawiania przyrzeczeń małżeńskich, a nie przymuszana do „odhaczania” punktu programu, co niestety było kiedyś naszym udziałem i rzuciło przykre doświadczenie na ten wyjątkowy moment. Bardzo dziękuję Kochani za Waszą delikatność i subtelność. Dziękuję za tak doskonałe przygotowanie przestrzeni do odbycia dialogu małżeńskiego. Dziękuję za Wasze zaangażowanie.

Do Dębowca pojechaliśmy jeszcze z jednego powodu - wypraszać u Pięknej Pani światło i rozeznanie, czy to jest ten czas, aby starać się o kolejne dziecko. Nabrałam zaufania, aby i tu powtarzać Jezu Ufam Tobie. On jest Panem czasu. Niech przy naszej otwartości na życie, błogosławieństwo spłynie z Góry w najwłaściwszym czasie. Głęboko wierzę, że wszystko, czego tu doświadczaliśmy było nieprzypadkowe. Miejsce, czas, każdy uczestnik. Nie wyście mnie wybrali, ale ja Was wybrałem. Lubię wracać do słów, że każdy człowiek staje na naszej drodze z jakiegoś powodu – albo jako lekcja, albo błogosławieństwo. Dziękuję, że byliście tym błogosławieństwem, niosąc mi najpiękniejszy manifest – ŚWIADECTWA SWOJEGO ŻYCIA.

Agnieszka Jakubek