fot. kajaSeksualność jako język miłości

Integralne spojrzenie na ludzką płciowość każe rozpoznać ją jako integralny element wspólnoty małżeńskiej, a więc rzeczywistości zbudowanej na miłości i wyrażającej miłość. Nawet stosunkowo prymitywne intuicje językowe postrzegają seksualność jako nieodłączną od miłości do tego stopnia, że o akcie współżycia mówi się jako o akcie miłości (pol. „kochać się”, ang. „to make love”). Także w nauczaniu Kościoła znaleźć można wypowiedzi, ukazujące seksualność jako rzeczywistość wpisaną w całość rzeczywistości miłości, zaś sam akt małżeński jako swoiste wyznanie miłości. Warto też na samym wstępie zauważyć, że w nauczaniu Kościoła nie mówi się o akcie seksualnym, ale o akcie małżeńskim; już to wskazuje na nierozerwalną i wyłączną więź relacji małżeńskiej i współżycia.

Akt małżeński jako wyznanie miłości

Jan Paweł II w swoich katechezach środowych ukazuje akt małżeński jako element mowy ciała. Wchodząc we współżycie małżonkowie wzajemnie wyznają sobie miłość: całkowitą otwartość, zaufanie, powierzenie siebie drugiej osobie, a jednocześnie przyjęcie drugiego w całym jego/jej bogactwie (i ubóstwie). W ten sposób akt małżeński wyraża w mowie ciała tę samą zgodę, którą małżonkowie wypowiedzieli zawierając przymierze małżeńskie.

Miłość jako dar z siebie

„Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską... I że cię nie opuszczę aż do śmierci...” Istotą tego przyrzeczenia jest całkowite powierzenie siebie drugiemu, oddanie siebie do tego stopnia, że może on/ona uczynić z tym darem wszystko. Jest rzeczą oczywistą, że taki akt domaga się całkowitego zaufania, rzec by można – rezygnacji z siebie. Rzecz w tym, że dar z siebie nie jest rezygnacją, ale właśnie ofiarowaniem i choć różnica może wydawać się subtelna, jest znacząca. Poprzez dar człowiek nie zatraca ani własnej podmiotowości, ani tożsamości, lecz daje całkowity przystęp do siebie temu/tej, kto jest „drugą stroną” w przymierzu małżeńskim.

Dar – by był darem – musi być bezwarunkowy i całkowity. Jakkolwiek oczekuje na adekwatną odpowiedź, bo wzajemny dar z siebie w przymierzu małżeńskim zaciąga wzajemne zobowiązanie, nie domaga się jej i nie wypomina ewentualnych nadużyć. Miłość ma jeden argument: samą siebie, potęgę własnej bezinteresowności. Innymi słowy, miłość nie przestaje kochać, nawet jeśli jest nieodwzajemniana.

Niejako drugą stroną miłości postrzeganej jako dar z siebie jest bezinteresowne i bezwarunkowe przyjęcie drugiego, z całym bogactwem, ale też ze wszystkimi jego/jej słabościami. Oznacza to, że chociaż miłość pragnie, by „ten/ta kogo kocha” się stawał, rósł, jednocześnie nie usiłuje go/jej kształtować wedle własnych wzorów.

Miłość jako otwarcie na życie

Wzajemne otwarcie, radość z obecności drugiej części małżeńskiego „my”, jest rzeczywistością podwójnie życiodajną. Najpierw dlatego, że oboje małżonkowie doświadczyć mogą wzajemnego obdarowania i coraz głębszej więzi wzajemnej, która – pomimo wszystkich trudności dnia codziennego – umacnia i pogłębia ich relację. Drugi, prokreacyjny wymiar płodności małżeńskiej ma swój fundament w pierwszym – wzajemny dar z siebie tworzy przestrzeń miłości, w której jest miejsce na nowe życie. Gdy człowiek przestaje walczyć o zaspokojenie tylko własnych potrzeb i zagwarantowanie sobie własnego dobrego samopoczucia i społeczno-ekonomicznej stabilizacji, dar z siebie zaczyna oznaczać zgodę na zatroskanie o dobro kogoś drugiego: najpierw współmałżonka, ale zaraz potem – dziecka.

Prawdziwość znaku

W ten sposób odsłania się kwestia prawdziwości lub nieprawdziwości znaku aktu małżeńskiego. Ze swej natury wejście we współżycie oznacza zjednoczenie we wzajemnym obdarowaniu, a więc – jak już powiedziano – zaufanie, otwartość, płodność, wierność, wyłączność... Podobnie jak we wszystkich sposobach komunikacji między osobami, tak i w tym wypadku – a może szczególnie w tym wypadku – wypowiadane ciałem znaczenie powinno odpowiadać rzeczywistości. Innymi słowy, za znakiem daru, za znakiem zaufania, za znakiem otwartości – powinna stać rzeczywistość: postawa całkowitego danie siebie w małżeńskim przymierzu.

Kłamstwo w akcie małżeńskim

Zbyt często zdarza się jednak, że akt małżeński jest zakłamany. U fundamentu współżycia zbyt często stoi wyłącznie fizyczne pożądanie, a jednocześnie brak jest „dania siebie”. Ludzie mówią o swoich potrzebach i oczekiwaniach seksualnych, albo o braku takowych, i domagają się uszanowania i współpracy z drugiej strony. Traktuje się zatem akt małżeński jako metodę rozładowania napięcia seksualnego, sposób na zaspokojenie potrzeb seksualnych, drogę do realizacji pragnień – w tym także pragnień rodzicielskich. W każdej z tych sytuacji współmałżonek traktowany jest jako środek do założonego przez siebie celu: przyjemności, spokoju, zgody, potomstwa. Trzeba powiedzieć wprost, że w takiej sytuacji akt małżeński jest nie do końca prawdziwy, to znaczy – nie do końca wyraża to, co miał wyrażać ze swej natury.

Na kilka elementów tego zakłamania trzeba zwrócić szczególną uwagę, zarówno ze względu na częstośc ich występowania, jak i narastające przyzwolenie społeczne. Każdy z tych problemów jest niezwykle szeroki i zasługiwałby na osobne wystąpienie, z konieczności jednak podjęty będzie krótko, by nie rzec – zdawkowy.

Współżycie poza małżeństwem

Współcześnie kwestia współżycia seksualnego nie jest wiązana w sposób konieczny z rzeczywistością małżeństwa. Co więcej, dosyć powszechnie zakłada się, że normalny człowiek podejmuje współżycie seksualne, wcale niekoniecznie w małżeństwie, nawet jeśli jest nim związany. Tymczasem – jak to już zostało powiedziane – współżycie seksualne ze swej natury oznacza relację właściwą wyłącznie małżeństwu: całkowitego daru, wyłącznego, dozgonnego, wiernego, płodnego. Jeśli jest akt współżycia, a jednocześnie w relacji między współżyjącymi osobami brak jest relacji i postaw właściwych małżeństwu, czyn traci swą wewnętrzną wiarygodność, co nie oznacza, że traci swoje psychologiczne i fizjologiczne przymioty: przyjemności, ekstazy, płodności.

Gwałt małżeński (efekt egoizmu małżonków)

Bywa, że akt małżeński jest zakłamany na mocy wady postawy osób w nim uczestniczących – gdy jedna ze stron nie szanuje drugiej i zmusza ją (jego?) do współżycia. Dochodzi wówczas do gwałtu małżeńskiego, przy czym termin „gwałt” rozumieć należy szeroko, jako doprowadzenie do współżycia pod wpływem przymusu. Takie, rozszerzone rozumienie przemocy seksualnej w małżeństwie pozwala dostrzec, że nie dotyczy ono wyłącznie sytuacji, w której to mężczyzna jest stroną przymuszającą.

Powody, dla których dochodzi do takich sytuacji mogą być bardzo zróżnicowane: od egoistycznego dążenia do rozładowania napięcia (pożądania) seksualnego, poprzez próbę podporządkowania sobie współmałzonka, po działanie ukierunkowane na poczęcie dziecka. W każdej z tych sytuacji drugi jest postrzegany instrumentalnie, jako środek do zamierzonego celu (odpowiednio: ciało do wykorzystania, niewolnik do zapanowania, dawca materiału genetycznego). Cechą wspólną każdej z tych sytuacji jest zanegowanie współmałżonka jako partnera w relacji miłości i zanegowanie daru z siebie, jako istoty łączącej małżonków relacji.

Antykoncepcja

Jednym z najbardziej dotkliwie zakłamujących akt małżeński działań jest jego obezpłodnienie. Złamanie aktu małżeńskiego antykoncepcją zachodzi niejako podwójnie: z jednej strony przez wewnętrzne odrzucenie perspektywy prokreacyjnej, i intencjonalne unikanie poczęcia dziecka na podstawie podjętej a priori decyzji. Paweł VI wskazuje, że małżonkami powinien kierować duch wspaniałomyślności, ale biorąc pod uwagę racje zdrowotne, psychiczne, ekonomiczne i społeczne, mogą roztropnie rozeznać, że poczęcie powinni odsunąć – nawet definitywnie. Trzeba jednak zauważyć, że intencjonalne obezpłodnienie aktu małżeńskiego może mieć miejsce także przy zastosowaniu metod rozpoznania płodności. Kluczowe znaczenie ma wewnętrzna postawa, decyzja małżonków.

Postawa zamknięcia na życie w swej istocie oznacza zamknięcie na wspólnotę małżeńską, na współmałzonka; paradoksalnie może mieć ono charakter wzajemny. Oboje mogą wspólnie zdecydować o wykluczeniu potomstwa (dalszego potomstwa) – jeśli jest to ich niezależna (a nie rozeznana przed Bogiem) decyzja, ma charakter egoistyczny i przeciwny miłości jako takiej. To, że decyzja została podjęta wspólnie, nie przesądz, że jest owocem wspólnoty miłości.

Bywa (też nazbyt często), że akt małżeński zostaje obezpłodniony nie tylko poprzez wybór o wykluczeniu potomstwa (i dostosowanie działań do rozpoznanej płodności), ale poprzez zastosowanie działań (stosunek przerywany) i środków (mechanicznych lub farmakologicznych) uniemożliwiających poczęcie. Paradoksalnie, zdarza się, że niekiedy małżonkowie stosują działania i środki antykoncepcyjne przy jednoczesnym rozeznawaniu (nieco ułomnym, ale jednak) wielkości rodziny. Nie mając jednak zaufania do metod rozpoznania płodności i własnych możliwości zachowania wstrzemięźliwości w okresie płodnym, decydują się na zastosowanie sztucznej antykoncepcji. Także wówczas akt małżeński zostaje zakłamany, gdyż kłamstwo może mieć swój oścień w intecji, okolicznościach, bądź samej materii aktu. Ocena moralna w każdej z tych sytuacji jest podobnie negatywna.

Zabawa seksem

Rozpowszechnienie sztucznej antykoncepcji stało się możliwe dzięki rozdzieleniu wewnętrznej celowości aktu małżeńskiego od towarzyszących mu efektów ubocznych, z przyjemnością (by nie rzec – ekstazą) na czele. Tymczasem, choć przyjemność jest wpisana w naturę współżycia, jest jedynie efektem ubocznym, a nie celem samym w sobie. Coraz bardziej jednak rozpowszechnionym stawał się pogląd, że seks jest rzeczywistością moralnie obojętną, fizjologicznie konieczną, społecznie – zbyt często niepotrzebnie komplikującą życie. Dlatego powinien być (i to „powinien” w sensie moralnym!) wolnym od zobowiązań. To przekonanie doprowadziło do powstania dwu przekonań/postaw, niekiedy współistniejących: że każdy ma prawo do seksu (co niektórzy czytają jako obowiązek „uprawiania seksu”), i że seks nie powinien pociągać za sobą neiporządanych konsekwencji (czyt.: dziecka bądź chorób przenoszonych drogą płciową).

„Syndrom Kamasutry”

Ludyczne (zabawowe) podejście do seksualności sprawia, że o jakości współżycia małżonkowie (i nie tylko, niestety, choć tu ograniczyć się trzeba tylko do nich) wnioskują w zależności od intensywności doznań fizycznych związanych z aktem małżeńskim. Niektórzy zatem próbują „poprawić” współżycie poprzez wprowadzanie coraz to nowych, bardziej wyrafinowanych (a niekiedy wyuzdanych, uwłaczających ludzkiej godności) technik seksualnych, na nich się skupiając. Ważniejsze zdają się wówczas własne doznania, niż rzeczywiste znaczenie tego, czym jest zjednoczenie małżeńskie, i sama osoba współmałżonka (i potencjalnie: dziecka, które może być owocem współżycia).

Na marginesie warto zapytać, czy znajomość Kamastry jest potrzebna do szczęśliwego, radosnego i owocnego dla jedności małżeńskiej współżycia. Wydaje się, że nie. Ponieważ akt małżeński jest znakiem, wzajemnym wypowiedzeniem przez małżonków miłości, do szczęśliwego i owocnego współżycia potrzebna jest głęboka, żywa relacja wzajemnego obdarowania. Zapewne intensyfikacja bodźców – związana z wprowadzaniem kolejnych technik współżycia – prowadzi do zwiększenia poziomu przyjemności, niemniej nie musi to pociągać za sobą większej radości, a co za tym idzie – pogłębienia jedności między małżonkami.

Gdyby istniało proste przełożenie między skalą przyjemności, a radością i jednością, najgłębsze relacje nawiązywać mogły osoby angażujące się we współżycie z zawodowymi, wyszkolonymi prostytutkami obojga płci. Doświadczenie pokazuje jednak, że związki takie pozostają na poziomie układów usługowo-handlowych, w których celem transakcji jest zaspokojenie tzw. potrzeb seksualnych w zamian za ustalone wynagrodzenie. Rodzi się zatem wątpliwość, czy skupienie uwagi na technice współżycia nie będzie skutkowało spłyceniem relacji między mężem i żoną. Małżonkowie, zamiast troszczyć się o wzajemne obdarowywanie, mogą łatwo przesunąć uwagę na własne doznania.

Dr Piotr Kieniewicz MIC
Katedra Teologii Życia
Głos w panelu dyskusyjnym podczas konferencji "INoRmalnie o seksie", Lublin-KUL 17.03.2010, publikacja na stronach za zgodą Autora.