fot. kajaKażecie kobietom rodzić, a kto im później pomoże?!! - denerwują się feministki podczas telewizyjnych dyskusji. Okazuje się, że brakuje im wiedzy. W Polsce działa co najmniej sto ośrodków wspierających kobiety, które mimo wahań postanowiły urodzić.

  Do tej liczby trzeba dodać grupy ludzi, którzy spontanicznie skrzyknęli się i pomagają kobietom myślącym o aborcji. Robią to niezależnie od wszelkich instytucji. Jak byli studenci z jezuickiego duszpasterstwa akademickiego „Arka" w Bydgoszczy. Zamieszczają oni w gazetach ogłoszenia, które wyglądają jak nielegalne aborcyjne ogłoszenia ginekologów: „Brak miesiączki? Możemy pomóc. Tel. nr...". Jednak zamieszczony obok numer nie należy do ginekologa, tylko do jednego z członków grupy... Przekonują dzwoniące kobiety, żeby nie zabijały własnego dziecka. A później, jeśli odwiedziona od aborcji mama tego potrzebuje, zdobywają dla niej wózek, wanienkę, pieluchy, jedzenie czy soki. Wspólnot chrześcijan, którzy w ten sposób działają, jest więcej.

Są też specjalne ośrodki, stworzone po to, żeby kobieta w ciąży nie została na lodzie, wyrzucona z domu przez rodzinę i bez środków do życia. To domy samotnej matki. Ochotnicy z warszawskiej Fundacji Pro zrobili stronę internetową, na której zebrali adresy i telefony takich ośrodków. Naliczyli ich w Polsce dokładnie sto. Dodali poradniki i inne przydatne informacje. Jeśli znają Państwo osobę, która zastanawia się nad aborcją, warto jej polecić tę stronę. Można ją znaleźć w Internecie pod adresem www.codalej.pl.

– Czasem adresy albo numery telefonów takich ośrodków się zmieniają. Nasza praca polega więc między innymi na sprawdzaniu co jakiś czas, czy podawane przez nas dane są aktualne – mówi Anna Borkowska z Fundacji Pro.


Genialna Julka

Na tej „liście stu” jest między innymi Dom Matki i Dziecka w Opolu. Mieszka tu dzisiaj 11 matek z dziećmi. Jedno miejsce jeszcze jest wolne. Obecne mieszkanki domu uciekły tutaj przed brutalnymi mężami i konkubentami. Jednak często przebywają tu także kobiety, które chciały swoje dziecko zabić, ale zmieniły zdanie. Właśnie dlatego, że dowiedziały się o tym ośrodku. Według statutu mogą tu spędzić pół roku. Ale często mieszkają dłużej, aż uda im się załatwić jakieś mieszkanie, zdobyć w sądzie alimenty lub zasiłek, albo pogodzić się z rodziną. Każda z tych możliwości zdarza się często.

Dyrektor ośrodka ks. Jerzy Dzierżanowski zna losy wielu ocalonych w ośrodku dzieci. Wspomina Julkę, która została poczęta w wyniku gwałtu. Jej matka w chwili załamania myślała o aborcji. A jednak postanowiła córkę urodzić. A później wyjechała do Niemiec. – Julia wyrosła na niesamowicie uzdolnioną dziewczynę, mówi kilkoma językami, jest powszechnie lubiana – mówi.

Takie dzieci jak Julka mogą być zgodnie z obecnym prawem zabite przed urodzeniem. To samo dotyczy dzieci chorych i poczętych w wyniku kazirodztwa. Nie zawsze matka dotknięta dramatem, jakim jest gwałt, trafi na człowieka, który ją wesprze. Który powie: twoje dziecko nie zasłużyło na karę śmierci, ono jest niewinne. Jeśli to dla ciebie zbyt trudne, nie musisz go wychowywać. Możesz je urodzić i oddać do adopcji.

– Była u nas kiedyś dziewczyna zgwałcona przez własnego ojca. Otoczenie poddało ją ogromnej presji, żeby dziecko zabiła. Ale dziewczyna na szczęście trafiła też na ludzi, którzy doradzili jej nasz ośrodek – wspomina ks. Dzierżanowski.

– Urodziła dziecko i oddała je do adopcji. I w nowej rodzinie maleństwo rozwija się jak każde normalne dziecko! Nie widać u niego nawet symptomów niepełnosprawności czy upośledzenia, co przy kazirodztwie jest realnym niebezpieczeństwem – mówi.

Są rodzice, którzy adoptują również chore dzieci. Zwolennicy aborcji zapominają, że chętnych do adoptowania dzieci jest dzisiaj więcej niż tych dzieci. W ośrodku adopcyjnym w Opolu rodzice czekają na dziecko w kolejce przez dwa lata.

Antek i zakonnica


Zanim dziecko trafi do adopcji, czeka na załatwienie formalności sądowych w domu dziecka albo w rodzinie zastępczej. To drugie rozwiązanie jest dla dzieci znacznie lepsze. Z opolskim ośrodkiem adopcyjnym współpracują aż 34 takie rodziny.

Przez dom Beaty Dzierżanowskiej z Opola (bratowej księdza Jerzego) przewinęło się dziewięcioro takich dzieci, w tym pięcioro noworodków. Jednym z nich był Antek, chłopczyk o niezwykłej życiowej historii.

Jego matka była lekko upośledzona. Twierdziła, że jej dziecko zostało poczęte w wyniku gwałtu. Dlatego zgodnie z prawem dostała skierowanie na aborcję. Poszła do szpitala. A tam przez przypadek trafiła na salę, gdzie leżała siostra zakonna, skierowana tu z ginekologicznym problemem. Kobiety zaczęły ze sobą rozmawiać. Młoda mama po tej rozmowie zadecydowała, że jednak urodzi.

Nie wszystko później szło jak z płatka. Matka miewała napady złości, także na swoje dziecko. Jej poród był przedwczesny, nastąpił w siódmym miesiącu. Potem opuściła szpital bez urodzonego chłopczyka.

Tak się dziwnie złożyło, że w dzień porodu do tego samego szpitala znów przyszła na badania wspomniana wcześniej zakonnica. – Stan dziecka jest ciężki – mówili lekarze. Siostra zakonna zapytała więc, czy może ochrzcić chłopczyka. Dostała na to zgodę. – Ja ciebie chrzczę, Antoni, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego – powiedziała, oblewając wodą główkę chłopca. Imię Antoni nosił brat tej zakonnicy, zabity we Włoszech przez bandytów za to, że stanął w obronie napadniętej kobiety.

Mały Antoś trafił na kilka miesięcy do rodziny zastępczej państwa Dzierżanowskich. Z początku wcześniak wpadał w bezdech, był chory. Ale szybko zaczął wspaniale się rozwijać. I wkrótce został adoptowany przez kochających rodziców. Jest uroczym dzieckiem. – Wspaniale jest patrzeć, jak dziecko otoczone miłością odrabia zaległości w rozwoju i zaczyna rozkwitać – mówi Beata Dzierżanowska.

Nowi rodzice Antka nie zmienili mu imienia, kiedy usłyszeli o jego przeszłości. Zaprosili też do siebie w odwiedziny siostrę zakonną, która ocaliła chłopcu życie. Zakonnica była niezwykle szczęśliwa.

Tymczasem biologiczna matka Antoniego w jakiś sposób zdobyła adres państwa Dzierżanowskich. I napisała do nich list. – Ktoś jej powiedział, że jej syn nie żyje. Więc pytała, gdzie jest jego grób, bo chciałaby tam pojechać – wspomina pani Beata. – Odpisałam jej, że dziecko żyje. Żeby była o nie spokojna, bo trafiło do bardzo kochającej rodziny, do miasta, w którym ma najlepszą opiekę lekarską – mówi.

Biologiczna matka nie ma prawa do informacji, kto adoptował jej dziecko. Dziecko może ją jednak w przyszłości odszukać. Jeśli będzie tego chciało... Kiedy skończy 18 lat, będzie mogło wystąpić do sądu o odtajnienie danych swojej matki. – Nasi rodzice nie ukrywają przed dziećmi, że je adoptowali – mówi ks. Jerzy. 

Uwaga, trzecie dziecko

Według ks. Jerzego, najbardziej zagrożone zabiciem przez aborcję wcale nie jest dziecko chore lub poczęte w czasie gwałtu, ale... trzecie dziecko w rodzinie. Bo sporo kobiet, które zachodzą w nieplanowaną ciążę z trzecim dzieckiem, zamartwia się: „Czy nie obniży się standard życia mojej rodziny?”. – Jeśli wtedy kobiety nie wesprze ojciec dziecka, ona myśli, że sobie nie poradzi. Zwykle też nie zdaje sobie sprawy, że to dziecko już jest człowiekiem – twierdzi ks. Dzierżanowski. – Kiedyś w poradni proponowałem kobiecie, żeby urodziła i oddała dziecko do adopcji. Ale ona odpowiedziała ostro: „Taką wyrodną matką to ja nie będę!!!”. Uważała, że lepiej usunąć ciążę, niż skazać dziecko na trudne życie i tułaczkę... Niektórym ludziom łatwiej dokonać aborcji dziecka, zanim je zobaczą – mówi ks. Jerzy.

Do tego dochodzi lęk, co ludzie o niej pomyślą, gdy odda swoje dziecko. I co ona sama będzie myśleć o sobie. Domy samotnej matki są jakimś rozwiązaniem dla takich kobiet. Jeśli chcą ukryć swoją ciążę przed otoczeniem, mogą zamieszkać w takich domach już podczas ciąży.

A kobieta, która krzyknęła na księdza Jerzego, mimo wszystko postanowiła urodzić. Kiedy dziecko przyszło na świat, już nie chciała go oddać. Wychowuje je. 

Modlitwa za mamę

Jednym z niemowląt, które przebywało przez kilka miesięcy w rodzinie Dzierżanowskich, była Marysia. Marysię urodziła wdowa, która bała się, że nie będzie w stanie jej wychować. Dziewczynkę adoptowali później rodzice, którzy mieli już 16-letnią biologiczną córkę. Nie mogli mieć więcej dzieci, a córka od dawna wierciła im dziurę w brzuchu: „No to adoptujcie dziecko”. W końcu to zrobili i zachwycili się małą Marysią. – Mówią mi, że nie ma żadnej różnicy między pokochaniem dziecka biologicznego i dziecka z adopcji – mówi Beata.

Dzierżanowscy przyjaźnią się i spotykają z rodzinami, które adoptowały Marysię, Antka i pozostałe dzieci. – Z tego, co wiem, ci rodzice modlą się za biologiczną matkę ich adoptowanego dziecka. Są jej wdzięczni, że dzięki jej postawie mogli zostać rodzicami. Jest taka zasada, że pamiętają o tej kobiecie zwłaszcza w dzień urodzin dziecka. Zastanawiają się, czy ona też w tym dniu myśli o tym dziecku – zawiesza głos Beata. – Warto ludziom przypominać, co naprawdę dzieje się z takimi adoptowanymi dziećmi, że nie są skazane na tułaczkę. Gdyby kobiety rozmyślające nad abocją wiedziały, że ich dzieci od samego początku są otoczone miłością, to myślę, że więcej kobiet decydowałoby się urodzić.

Przemysław Kucharczak


Imiona dzieci zostały zmienione

Tekst ukazał się w Gościu Niedzielnym 9/2007


Kto pomoże kobiecie, która postanowi urodzić? Adresy ośrodków pomocowych i poradnik znajdziesz na stronie internetowej co.dalej.pl