Drukuj

aniolEWA: - Byliśmy parą otwartą na życie. W czerwcu wzięliśmy ślub, a na początku grudnia dowiedzieliśmy się, że jestem w ciąży. Jednak nasze szczęście trwało tylko jedenaście tygodni. To był ogromny ból.

ANIA: - Wszystko zaczęło się tak pięknie – obrona pracy magisterskiej, praca, ślub, wynajęcie mieszkania. Dziecko – jak najbardziej, chociaż niekoniecznie tak od razu. A nawet gdyby się poczęło to popracujemy razem, trzy miesiące urlopu macierzyńskiego, opiekunka, a ja wrócę do pracy.

EWA: W wyniku poronień straciliśmy dwójkę naszych dzieci. Po drugim poronieniu, kiedy przyczyny niepłodności były już poznane, każda kolejna ciąża była z lękiem i dopóki nie minął 11–12 tydzień, była bardzo duża obawa o życie naszych dzieci. Bóg postawił na naszej drodze dobrych, bożych lekarzy. Byłam pod opieką pani doktor, która wcześniej zdiagnozowała przyczyny naszej niepłodności i poronień. Każda prowadzona przez nią ciąża była omadlana - to od pani doktor dostałam Koronkę do Dzieciątka Jezus.

           Naszą pierwszą córkę oddawałam Miłosierdziu Bożemu. Codziennie odmawiałam koronkę, a fenomenem jest to, że ta modlitwa, jest ulubioną modlitwą Zuzi, gdziekolwiek ją usłyszy zaraz widać błysk w jej oczach. Natomiast druga córka była zawierzona Matce Bożej Leśniowskiej. Nasze córki szczęśliwie się narodziły, jednak ból i lęki związane ze stratą wcześniejszych dzieci ciągle towarzyszyły.

Przełomem były Misje, w czasie których uczestniczyliśmy w nabożeństwie z modlitwą o uzdrowienie, podczas której, można było nadać imiona dzieciom poronionym, czy tym na których była dokonana aborcja. To właśnie wtedy nadaliśmy imiona naszym pierwszym dzieciom. Od tamtego momentu czuje w sercu pokój i dziś mogę spokojnie o wszystkim rozmawiać – wcześniej każda rozmowa kończyła się płaczem czy rozżaleniem.

             Myślę, że każda mama, która straciła dziecko w wyniku poronienia czy wcześniejszego porodu zawsze myśli, że może ona zrobiła coś nie tak, coś co przyczyniło się do utraty dziecka. To powoduje, że człowiek ma wyrzuty sumienia. W momencie kiedy wszystko odda się Bogu jest zupełnie inaczej.

Po stracie moich dzieci długo zadawałam sobie pytanie – dlaczego? Ale kiedyś podczas spowiedzi usłyszałam słowa: „nigdy nie zadawaj sobie pytania dlaczego, ale pytaj po co, bo wtedy łatwiej będzie ci znaleźć odpowiedź”.

           To, że Pan Bóg najpierw doświadczył nas niepłodnością, poronieniami, a później ofiarował nam dzieci odczytuje jako Jego plan.W intencji dziękczynnej wstąpiliśmy do wspólnoty, a później Pan Bóg powołał nas do służby, aby w sposób szczególny chronić życie od poczęcia do naturalnej śmierci. Dziś jestem instruktorem Modelu Creightona. Staram się służyć ludziom, a idea Dnia Dziecka Utraconego jest mi bardzo bliska. Kiedy samemudoświadcza się trudnych i ciężkich sytuacji, kiedy doświadcza się bólu, łatwiej chociaż w minimalnym stopniu wczuć się i zrozumieć ból drugiego człowieka.

           Dzień Dziecka Utraconego może być początkiem uzdrowienia i przebaczenia sobie. W czasie adoracji my rodzice dzieci poronionych, przedwcześnie urodzonych i abortowanych nadajemy im imiona. Możemy też doświadczyć spotkania z Chrystusem Miłosiernym, Przebaczającym, Uzdrawiającym, i z dziećmi , które w tym momencie na nowo wchodzą w nasze życie, stają się członkami rodziny.

             W tamtym roku, po raz pierwszy, zupełnie świadomie zapaliliśmy znicz na cmentarzu dla naszych nieżyjących dzieci. To daje wewnętrzna radość, bo personifikacja dzieci powoduje, że zaczynają istnieć w naszej świadomości jako osoby.

Ewa i Andrzej

Rodzice po stracie dzieci

diecezja częstochowska

ANIA: Pierwsza rocznica ślubu, od jakiegoś czasu staramy się o maleństwo i.... nic się nie zmienia. Pierwsza wizyta u lekarza gdzie trzeba powiedzieć, że coś nam nie wychodzi. Pierwsze badania, coś z apteki, wspólny wyjazd, a po dwóch tygodniach dwie kreseczki na teście ciążowym. Postanawiamy zachować to przez pewien czas tylko dla siebie. Mijają kolejne dwa tygodnie i pojawia się jakiś dziwny ból brzucha, krwawienie. Wizyta u lekarza, szpital, gabinet zabiegowy i powrót do domu. Tylko teraz nic już nie chce wyglądać tak samo. Z każdej strony pytania – czy wszystko już w porządku. Grzecznie odpowiadam, że tak, chociaż przecież nic nie jest w porządku bo naszego dziecka już tu z nami nie ma. I chociaż było z nami tak króciutko, to zrobiło więcej niż można by się spodziewać. Zmieniło mój świat wartości – już wiem jaką wartość ma życie i wszystkie moje wybory do dziś z tym związane to zasługa tego maleńkiego 6-tygodniowego dziecka.

         Nie bez obaw myślimy o kolejnym poczęciu. Dwie kreski powitałam pełna radości, ale i obaw. Już nie praca jest na pierwszym miejscu, ale nowe życie. I kiedy szczęśliwie Maleństwo przychodzi na świat ja już wiem, że skorzystam nie tylko z urlopu macierzyńskiego, ale i wychowawczego. Po dwóch latach rodzina znów szczęśliwie się powiększa. Kolejne dwa lata i po raz kolejny należymy do szczęściarzy. Pan doktor stwierdza, że skoro dwójka dzieci urodziła się to mogę nie brać leków na potrzymanie ciąży bo powinno być dobrze. Ale kiedy Mikołaj rozdawał dzieciom prezenty mnie przyniósł przeszywający ból brzucha, który już kiedyś poznałam. „Proszę się nie przejmować, przecież dwójkę dzieci pani ma” - jak te słowa ranią. Czy tak trudno zrozumieć, że matką zostaje się w momencie poczęcia i nie ma znaczenia czy to maleństwo miało 6 tygodni czy byłoby 6-letnim dzieckiem – boli bardzo, bo dla świata nie istnieje. Dla innych najważniejsze jest to, że matka znów próbuje się uśmiechać – nawet jeśli wszystko w środku płacze, raczej nikogo to nie interesuje.

         Minęło trochę czasu zanim czas zagoił rany i pozwoliliśmy ustom na wypowiedzenie pragnień naszych serc i podjęcie decyzji, że spróbujemy raz jeszcze. Po niespełna dwóch tygodniach ujrzeliśmy dwie kreseczki. Szybka wizyta u lekarza, który stwierdził, że on jeszcze nic nie widzi bo to dopiero 27 dzień cyklu i że to chyba kobieca intuicja, ale ja obstawałam przy swoim i poprosiłam o leki podtrzymujące. Kiedy urodziły się bliźnięta usłyszałam od pana doktora, że tamte poronione dzieci zostały nam teraz wynagrodzone. Do dziś nie potrafię zrozumieć tej nagrody. To, że dzieci są błogosławieństwem to wiem, ale żeby narodzone były nagrodą za nienarodzone – to pozostaje dla mnie trudne do zrozumienia, niestety taki sposób myślenia funkcjonuje w społeczeństwie.

         Ponieważ byliśmy już „rodziną patologiczną” – bo mieliśmy czwórkę dzieci, więc spokojnie mogliśmy pomyśleć o kolejnym. Minęły jednak trzy lata, a my nie mieliśmy powodu do zrobienia testu. Od jakiegoś czasu podejmowałam duchową adopcję dziecka poczętego i bardzo namawiałam do tego męża. Przyjęłam szkaplerz karmelitański, zbliżał się dzień świętości życia. Ku mojej ogromnej radości podjęliśmy razem duchową adopcję, która stała się też dla nas modlitwą małżeńską. Trzy tygodnie później po trzech latach starań test był pozytywny. Bałam się bardzo szóstego tygodnia, w którym odeszła dwójka naszych dzieci, ale wszystkie wyniki były lepsze niż oczekiwano, a ja czułam się bardzo dobrze. Wprawdzie usłyszałam, że w moim wieku powinnam zrobić sporo badań, ale poprosiłam o skierowanie tylko na takie, które mogą ratować życie i zdrowie dziecka. Maleństwo rosło, a ja czekałam na pierwsze ruchy. Zbliżało się święto Matki Bożej z Góry Karmel więc przygotowywałam się do tego dnia odmawiając Nowennę. 16 lipca rano poszłam na Mszę Św., a później spokojnie do lekarza. Zamiast jednak usłyszeć bicie serduszka naszego Maluszka usłyszałam, że ono nie bije, skierowanie do szpitala i 100 zł za wizytę. Dla pana doktora tak jakby nic się nie wydarzyło - tak bywa, dla mnie świat się zatrzymał. Po wyjściu z gabinetu zadzwoniłam do znajomej lekarki, która w pierwszych słowach powiedział, że widocznie nasze cierpienie jest komuś potrzebne. Wytłumaczyła mi co mnie w najbliższym czasie czeka i powiedziała, abym nie hamowała łez. Ani razu nie zadałam Panu Bogu pytania – dlaczego - co do dziś jest dla mnie tajemnicą. Morze łez jednak popłynęło – moich, męża i dzieci. Kilka miesięcy wcześniej wpadła mi w ręce ulotka „pierwsze kroki po stracie”, ale wtedy wrzuciłam ją do szuflady bo może się komuś przydać. Nie wiedziałam wówczas, że tym kimś będziemy my.

         Szpital zdecydowanie nie był miejscem, które byłoby przyjazne kobiecie w takiej sytuacji. Wprawdzie na sali leżałam najczęściej sama, ale w dzień słychać było aparaty KTG, a w nocy płacz noworodków. A ja leżała, płakałam i czekałam na narodziny naszego dziecka, które wiedziałam, że nie zobaczy świata. Zrozumiałam wtedy, czym jest dla człowieka wspólnota – to właśnie znajomi z mojej i innych wspólnot otoczyli mnie mocną modlitwą i myślę, że dzięki niej mogłam bez środków znieczulających i przeciwbólowych ten czas przetrwać. Zanim pojechałam do szpitala dostałam dwa sms-y od znajomych. W jednym były słowa: „nie bój się, wierz tylko”, a w drugim: „thalita kum”. W szpitalu odkryłam, że pochodzą one z tego samego fragmentu Ewangelii, a przecież wiedziałam, że ludzie, którzy to wysyłali nie znają się. Czułam w tym wszystkim obecność Pana Boga, chociaż tak po ludzku nie potrafiłam tego zrozumieć.

Po pogrzebie trudne było i to, że zamilkł telefon i dzwonek u drzwi. Dla człowieka tak zranionego to właśnie obecność innych jest bardzo ważna. I nie chodzi o słowa pocieszenia, ale o samą obecność i o akceptację tego maleńkiego życia, którego na tym świecie już nie ma. Zamiast tego doświadcza człowiek ciszy. Do końca życia będę wdzięczna osobie, która jako jedyna po pogrzebie zadzwoniła i zapytała co u nas.

         Odejście tego Maleństwa uświadomiło nam, że nasze wcześniejsze dzieci nie tylko nie mają grobu, ale nawet nie posiadają imienia. Był to więc czas kiedy je otrzymały, bo przecież Pan Bóg każdego z nas zna po imieniu. Znajoma siostra zakonna powiedziała mi, abym poczytała troszkę o Niewidzialnym Klasztorze Jana Pawła II i oddała tam naszego synka. Zaczęłam od Nowenny, a po jej zakończeniu poszłam do Matki Bożej, aby u niej oddać trójkę naszych dzieci. Wybrałam czas, aby w kościele było pusto. Pan Bóg ma jednak swoje drogi i gdy ja się modliłam wystawiono Najświętszy Sakrament i zaczęto odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Uświadomiłam sobie, że jest 16-ty, a przecież daty nie wybierałam. Pustkę w sercu trudno było mi zapełnić, chociaż starałam się za św. Tereską powtarzać „przeżywajcie swoje niebo czyniąc dobrze na ziemi”. Trudne sprawy zaczęłam zawierzać dzieciom prosząc je, aby to one, które są tak blisko Pana Boga wstawiały się tam za nami. Ktoś powiedział, że mamy teraz przecież swoich prywatnych świętych. Robiłam też to, co chyba robi większość kobiet po poronieniu – czytałam książki, strony internetowe o tej tematyce, przeglądałam fora i płakałam. Powolutku wracałam do siebie.

         Zastanawialiśmy się co robić dalej i jakie decyzje podjąć w sprawie naszego rodzicielstwa. Oddawaliśmy tą sprawę i prosiliśmy o światło i po pewnym czasie podjęliśmy decyzję, że oddajemy to Panu Bogu – niech on decyduje. Prosiłam też o uzdrowienie tego co najbardziej wymaga we mnie uzdrowienia mając oczywiście na myśli ciało – Pan Bóg jednak uzdrawiał duszę. Przez kolejne miesiące nic się nie zmieniało i nawet pogodziliśmy się z myślą, że więcej dzieci mieć nie będziemy – bo przecież oddaliśmy to Panu. Ku naszemu ogromnemu zdumieniu późnym wieczorem odkryliśmy dwie kreski. Byliśmy poza domem, a rano był zaplanowany wyjazd do nieznanego nam kościoła. Jakież było moje zdumienia gdy okazało się, że kościół jest pod wezwaniem Matki Bożej Szkaplerznej. Oddałam tam nasze nowe życie, dziękując jej za nie.

         Problemy zaczęły pojawiać się miesiąc później. Przez dwa tygodnie miałam leżeć w łóżku, co każdego dnia stawało się trudniejsze. Ofiarowałam ten czas za małżeństwa starające się o potomstwo. Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że znów trzeba będzie się z naszym dzieckiem pożegnać. Każda strata jest jednak inna – moje serce cały czas pytało – dlaczego. Przez kolejne tygodnie nie potrafiłam się modlić będąc „obrażoną” na Pana Boga. Bo przecież wiedział ile kosztowało mnie pogodzenie się z tym, że więcej dzieci mieć nie będziemy, a tu daje nam w prezencie, a za kilka tygodni odbiera. Siłą okazała się jednak wspólnota – prosiłam znajomych, aby modlili się za mnie, bo ja nie umiem. Klękałam do modlitwy, ale modliły się tylko usta – serce było zamknięte. Pan Bóg jednak nie pozostawił mnie bez odpowiedzi i pokazał, że każde cierpienie ma sens. W ciągu moich sześciu tygodni „ciemnych nocy”, poczęło się sześcioro dzieci u małżeństw, które wcześniej bezskutecznie się starały o poczęcie. Uświadomiłam sobie również, że jesteśmy pod stałą opieki Matki Bożej. Nasze czwarte Maleństwo odeszło w dniu Matki Bożej Bolesnej.

         Czas leczy rany, ale te dzieci będą zawsze w naszych sercach i pewnie jeszcze niejedna łza pojawi się w naszych oczach. Mam nadzieję, że po śmierci zrozumiemy dlaczego tak się działo. Chrystus w Ewangelii powiedział przecież „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie. Nie przeszkadzajcie im. Do takich bowiem należy Królestwo Niebieskie”. Wiem też, że to czym obecnie się zajmuję zawdzięczam naszemu pierwszemu Maleństwu – zabierając je do siebie Pan Bóg mocno przewartościował moje życie i mam nadzieję, że dane będzie mi je kiedyś spotkać i przytulić.

Ania i Leszek

Rodzice po stracie dzieci

diecezja częstochowska