Cud Boski

Od 39 lat jesteś członkiem diakonii modlitwy arcIMG_0001hidiecezji łódzkiej. Jak tam trafiłaś?

Jeden Pan Bóg wie… Tak naprawdę to cud Boski. A mogę zacząć od samego urodzenia?

Adama i Ewy?

Nie, mojego. Urodziłam się w Niedzielę Zesłania Ducha Świętego. To prezent, jaki Pan Bóg zrobił moim rodzicom. Mnie też.

Kiedy byłam młoda, przeżywałam różne radości i trudności. Nie wiem, czy miałam tłuste lata, ale chude na pewno. Siedem lat ateizmu. To też był cud Boski, że On po tych siedmiu latach mnie odnalazł.

Jak?

Za sprawą koleżanki z liceum (do dzisiaj wiernego przyjaciela). Studiowałam wtedy chemię. Skończyłam pierwszy rok, a właściwie jeszcze nie. Przeżywałam „zjazd naukowców” czyli sesję poprawkową. Dla mnie dramat nie z tej ziemi, siedziałam zapłakana nad stosem książek. A ta koleżanka wróciła akurat z oazy, przyszła do mnie, popatrzyła i powiedziała:  „wiesz co? pomodlę się za ciebie!”. Wzruszyłam ramionami: „jeśli musisz…”. Pomodliła się. Jak grom z jasnego nieba spadło na mnie odczucie takiej niepojętej, dobrej Obecności.

A sesja zaliczona?

Wszystko zdałam. Koleżanka zaczęła mnie nachodzić jak natrętna wdowa. Opowiadała o Panu Jezusie. Doprowadziła mnie do nawrócenia i do spowiedzi. A pierwszą Mszę świętą po tylu latach bycia ateistką całą przepłakałam.

Od tej koleżanki dostałam pierwsze Pismo święte. I to ona zaprowadziła mnie na pierwsze spotkanie diakonii modlitwy. Poszłam. Nie miałam nic do stracenia, a wiele do zyskania.

Który to był rok?

1976. Listopad. Spotykaliśmy się w Łodzi, w parafii Przemienienia Pańskiego. To była grupa animatorów Ruchu, kilkanaście osób. Część z nich przeżyła wylanie Ducha Świętego w Lublinie. Część z nich była z duszpasterstwa akademickiego, którego opiekunem był ks. Adam Lepa, obecnie biskup.

A co z Twoją własną formacją?

Włączyłam się w studencką grupę formacyjną przy parafii św. Urszuli. Jakie to było piękne!

Miałam dużą lukę w wiedzy religijnej, bo nie chodziłam na katechezę w szkole średniej,  Pisma świętego wcześniej nie znałam. A teraz je po prostu pochłaniałam.

Jeździliśmy na oazy ogólnopolskie – przede wszystkim studenckie i dla młodzieży pracującej.

Gdzie byłaś na pierwszej oazie?

W Kosarzyskach.

To była oaza studencka?

Tak. Na pierwszy turnus pojechałam jako uczestnik, a na drugim zostałam już jako animator (śmiech). Piękne były te oazy. Poranna toaleta w strumyku, nawet latem tak zimna woda, że aż zęby bolały od tego zimna. Na 5 dziewczyn miałyśmy 4 łóżka, wiec spałyśmy ściśnięte jak śledzie. Do tego ganiała nas milicja. Każdy góral miał książkę meldunkową. Wpiszesz się – będą cię ścigać. Nie wpiszesz się – góral dostanie karę, że trzyma kogoś niezameldowanego.

Przeżyłaś nalot milicji?

Oczywiście. Cała oaza poszła w góry, a my zostałyśmy we dwie, żeby ugotować obiad: pierogi z jagodami. Nagle do kuchni wchodzi dwóch milicjantów. Na wszystkich stołach pierogi. Oni: „dzień dobry”, my: „dzień dobry”. „A dla kogo te pierogi?”. „Dla nas”. „To wy dwie macie taki apetyt?” „Tak, my bardzo lubimy pierogi”. Takie to były rozmowy.

Poszli?

Dali nam spokój i poszli.

Pomyśleli, że ich też zjecie. Z tymi pierogami.

Może tak, może tak…

Wróćmy do diakonii modlitwy. Jak wyglądały Wasze spotkania?

Mieliśmy głód wspólnej modlitwy. Pan Bóg czynił naprawdę przedziwne rzeczy. Zsyłał niesamowite dary z nieba. Dla mnie wszystko było nowe, było nawet szokiem.

Pamiętam, że mieliśmy książki o charyzmatach przepisywane na maszynie przez kalkę w iluś tam egzemplarzach, tak, że ostatnia odbitka była prawie nieczytelna. Podkładało się białą kartkę, żeby można było przeczytać cokolwiek. Takie książki czytaliśmy wspólnie na spotkaniach.

Pamiętam taki rok, kiedy mieliśmy co czwartek duże spotkania modlitewne, które zaczynały się  konferencją tematyczną: o liturgii, z teologii dogmatycznej, o życiu modlitwą, z historii Kościoła… Po takiej konferencji była modlitwa charyzmatyczna. Dużo modlitwy wstawienniczej, wszyscy jej potrzebowaliśmy.

Kiedy Odnowa w Duchu Świętym budziła się w Polsce, nawiązywaliśmy kontakty z grupami, które pojawiały się we Wrocławiu, w Warszawie, w Poznaniu. Gdy wyodrębniła się sama Odnowa, my pozostaliśmy w Ruchu Światło-Życie. Wychowani byliśmy na oazach i chcieliśmy nadal łączyć modlitwę z formacją oazową.

Czym zajmowała się Wasza diakonia poza samą modlitwą?

Animowaliśmy 3-dniowe oazy modlitwy. Co miesiąc. W latach 80. równolegle prowadziliśmy oazę modlitwy w czterech punktach. I było dużo chętnych.

Poważne przedsięwzięcie. Skąd braliście wskazówki co do programu?

Wytyczne braliśmy z listów Siloe. Wytyczne wytycznymi, ale prowadzić trzeba było samemu, dlatego sami także rozeznawaliśmy program. Zapraszaliśmy różnych księży. W domu Sióstr Pocieszycielek Najświętszego Serca Jezusowego na Łodziance mieszkał ksiądz Ireneusz Pękalski, teraz ksiądz biskup. Jeździliśmy tam na oazy modlitwy i pamiętam jego konferencje. Któregoś roku prowadziliśmy oazy modlitwy nawet podczas wakacji, z myślą o tych,  którzy nigdzie nie wyjechali, albo akurat byli w domu.

Kiedy nasza łódzka grupa się rozrosła, zaczęły powstawać nowe, małe grupy modlitewne. Właściwie każda taka grupa mogła samodzielnie prowadzić oazę modlitwy.

W parafii Opatrzności Bożej, w oazach modlitwy uczestniczyły również osoby niepełnosprawne, na wózkach. A warunki należały do trudnych. Tych młodych na wózkach trzeba było przywieźć z domu, potem zająć się nimi przez trzy dni i odwieźć z powrotem. Z jednej strony oni pragnęli uczestniczyć, z drugiej – trzeba było znaleźć sposób dostosowania się do ich możliwości. Tamta grupa była tak pełna ofiarności.

Jaka była Twoja rola w diakonii modlitwy?

Służebna. Prowadziłam małe grupy, myślę, że byłam w tym dobra. Kiedy powstawały mniejsze grupy modlitewne, pełniliśmy podobną rolę jak para pilotująca w kręgach Domowego Kościoła. Dwie osoby z tej najstarszej diakonii modlitwy jeździły na spotkania młodych i pomagały im okrzepnąć, stanąć na własnych nogach.

Historia diakonii modlitwy jest dla mnie ciekawa również dlatego, że dotyczy mojego własnego życia i bycia w Ruchu. Za moich czasów oazy modlitwy stanowiły normalny element programu formacyjnego. Tęskniliśmy za nimi. Muszę się jednak przyznać, ze patrzyłam na osoby organizujące te oazy jak na zgrzybiałych staruszków.

Niby że ja wyglądałam na staruszkę? Trudno… (śmiech). A niektórzy mówią, że ludzie którzy są otwarci na działanie Ducha Świętego, nie starzeją się tak szybko i młodziej wyglądają.

To prawda, Iwonko. Na pewno nie wyglądasz starzej niż trzydzieści lat temu. Chodzi o to, że ja wtedy zastanawiałam się, co ci starsi mogą jeszcze robić w Ruchu… No i do tego charyzmaty, dary nadzwyczajne, które spotykały się z różnym odbiorem… Pamiętam, że jeden z uczestników przyjechał i mówi: „Kaśka, co się tam działo, oni w językach mówili!”

Ja z kolei pamiętam człowieka, który zapisywał dokładnie, słowo po słowie, co kto powiedział, jak rękę podniósł do góry i co tam jeszcze zrobił. Oswajaliśmy się z faktem, że nie wszystkim podoba się to, co robimy. Stwierdziliśmy, że jeśli to jest dzieło Boże, na pewno przetrwa. A jeśli nie dzieło Boże, nie dzieło Ducha Świętego, to lepiej, żeby się rozpadło. Oazy Modlitwy trwają do dziś – dzięki Bogu! I modlitwa charyzmatyczna też, ale trzeba rozeznawać, ciągle rozeznawać!

Na początku nie było nam łatwo. Potrzebowaliśmy wsparcia w rozeznawaniu duchowym. Byliśmy młodzi, to raz. Poza tym w życiu duchowym zawsze potrzeba kogoś, kto prowadzi, kto pomoże rozeznać wolę Bożą.

Co się stało z pierwszą ekipą diakonii modlitwy?

Po dziesięciu latach rozeszliśmy się. Jedna dziewczyna bardzo wcześnie odkryła powołanie do życia zakonnego, jeden chłopak został kapłanem diecezjalnym, drugi kapłanem zakonnikiem, jedna osoba jest w instytucie życia konsekrowanego, a dwie inne – już u Pana, i mam nadzieję, że się wstawiają za nami.

Przez pewien czas bardzo poważnie myśleliśmy o wspólnocie życia. Nasłuchiwaliśmy, co Pan Bóg ma nam do powiedzenia. Zapisywaliśmy skrupulatnie różne słowa, które przychodziły do nas na modlitwie. Ale Pan Bóg inaczej to widział, niż my planowaliśmy.

Co dało Ci bycie w tej diakonii?

Po pierwsze: wchodziłam do niej zupełnie „zielona”. Przeżywałam tęsknotę i zachwyt. Ile ci ludzie wiedzą! Jacy oni są oczytani! Jak dobrze znają Pismo święte! Ja też tak chcę! Chciałam im dorównać, wiedzieć, o czym mówią. „Panie Jezu, działasz tu i teraz w moim życiu, a ja chcę poznać Twoje działanie w życiu całego Kościoła i poszczególnych świętych”. Ta ogromna chęć zdobywania i ugruntowywania wiedzy sprawiła, że zgłosiłam się do Instytutu Teologiczno-Filozoficznego w Łodzi, a potem skończyłam teologię na ówczesnej Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i teologię duchowości – super!

Po drugie, w diakonii stawialiśmy sobie niesłychanie wysokie wymagania. A ponieważ w grupie były silne charaktery, dość często ścieraliśmy się. Kiedy grzeszny człowiek spotyka się z drugim grzesznym człowiekiem, zawsze lecą iskry. Dla mnie to była niesamowita szkoła życia i życia duchowego.

Po dziesięciu latach odeszłaś z diakonii. Co było IMGdalej?

Krótko potem dołączyłam do grupy małżeństw, która potem stała się diakonią modlitwy dla Domowego Kościoła. Wybrałam tę grupę ze względu na mój wiek. Posługiwałam tam jako osoba samotna.

Diakonia modlitwy pozostała, zmieniła tylko sposób działania. Przetrwały grupy modlitewne, które z niej się zrodziły. Oazy modlitwy są rzadsze, ale odbywają się nieprzerwanie do dziś: trzy, cztery razy w roku, w Grotnikach, u Sióstr Narodzenia Najświętszej Maryi Panny.

Kto na nie przyjeżdża?

Ponieważ my jesteśmy w starszym wieku, generalnie przyjeżdżają ludzie dorośli, małżeństwa. Zapewniamy opiekę dla dzieci. Niedawno odbyła się też oaza modlitwy prowadzona przez młodych dla młodych – bardzo się tym cieszę, bo młodzi powinni iść do młodych, to gwarantuje dobry przekaz ewangelizacyjny.

Oprócz tego mamy modlitewne spotkania w mojej parafii, Matki Boskiej Jasnogórskiej. Bo jakoś nie sposób nie działać w parafii. W parafii prowadziliśmy kilkanaście razy Seminaria Odnowy Wiary, w których uczestniczyło wielu ludzi.

Jak teraz funkcjonuje diecezjalna diakonia modlitwy?

Spotykamy się raz na dwa tygodnie. Jedno spotkanie w miesiącu ma charakter formacyjny. Każdego roku odkrywamy, nad czym powinniśmy tym razem się zatrzymać. W tym roku postanowiliśmy, że wracamy do pism św. Jana od Krzyża.

Drugie spotkanie – w ostatni piątek miesiąca – jest otwarte. Zaczynamy w kościele parafialnym Chrystusa Króla, przed Najświętszym Sakramentem, na modlitwie pod opieką ks. Kazimierza. Bycie w grupie ludzi, którzy chcą się modlić, to przywilej, niesamowity dar. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą modlić się z nami! Którzy chcą z nami uwielbiać Boga!

Tylko uwielbiać?

Zamiast więcej błagać, chcemy więcej uwielbiać Pana Boga, nawet w tym, o co za chwilę chcielibyśmy prosić. Uwielbiać Go w tej sprawie, bo On wie, jakie rozwiązanie będzie najlepsze. W uwielbieniu leży moc. Chodzi o to, żeby uwielbiać Pana Boga w tej sytuacji, w której teraz jesteś. Nawet gdy ta sytuacja jest trudna – choroba, kłopoty w domu – uwielbiam Cię, Panie Jezu, że dałeś mi przeżyć taki moment. Jeżeli z mojego punktu widzenia dzieje mi się krzywda, to wierzę, że Ty mnie kochasz i wyprowadzasz większe dobro dla mnie. „Wielbi dusza moja Pana – Magnificat”

Czym jest dla Ciebie dziś diakonia modlitwy?

Miejscem wzrostu. Z upływem czasu – i lat naszych – coraz bardziej akceptujemy fakt, że jesteśmy słabi, grzeszni, chorzy i że potrzebujemy siebie nawzajem. Gdybym nie miała bliskich ludzi, którzy pomagają mi zobaczyć, nad czym mam pracować, to nie miałabym takiego – jak to nazwać – kopniaka…

… takiej iskry zapalającej….

… do pracy nad sobą. Wspólnoty, w których jestem, są taką iskrą. Albo lustrem, w którym mogę się przejrzeć. Jeśli nie mam lustra, nie mogę zobaczyć, że się ubrudziłam. Człowiek, który idzie po tej samej drodze życia duchowego, jest dla mnie lustrem, pokazuje, na co powinnam zwracać uwagę. Nawet gdyby nie mówił nic na ten temat, jest świadkiem wiary i świadkiem życia modlitewnego. Kiedy mówi, jak się modli na co dzień, to i we mnie zapalają się różne światełka.

Wspominacie czasem na spotkaniach diakonii modlitwy, jak to kiedyś bywało?

Coraz mniej. Wszyscy się śmieją, że ja jestem takim elementem łączącym i że jak ktoś nie wierzy, że dinozaury istniały, to niech spojrzy na mnie (śmiech).

W jakim miejscu jesteś teraz?

Jeden Pan Bóg wie… Zaczęło się od tęsknoty za Pismem świętym – i ta tęsknota trwa do dziś. A potem zrodziło się we mnie pragnienie wyjazdu na rekolekcje ignacjańskie, słuchania tam Jezusa w ciszy, inaczej niż zwykle. Najpierw jeździłam na rekolekcje, gdzie łączyły się elementy Odnowy charyzmatycznej z rekolekcjami ignacjańskimi. To genialne rozwiązanie dla Odnowy, bo daje uczestnikom podstawy duchowości. Jednak w którymś momencie stwierdziłam, że chcę jeszcze większej ciszy. Charyzmatyczne spotkanie modlitewne mam na wyciągnięcie ręki dzięki byciu w diakonii modlitwy, a ja potrzebuję więcej ciszy. I w tej ciszy odkryłam, ze Pan Jezus wzywa mnie do życia konsekrowanego.

Czyli w jakim jesteś miejscu?

W Instytucie Niepokalanej Matki Kościoła. To jest dla mnie szczególne miejsce rozwoju życia duchowego i prezent tak wielki, że od kilku lat ciągle wołam do Pana Jezusa: „a skądże mi to?”. Nie dość, że się urodziłam w Niedzielę Zesłania Ducha Świętego, to jeszcze pierwszy dzień mojego życia był dniem Matki Kościoła.

Kocham miejsca, w którym Pan Jezus mnie postawił. Bardzo kocham i diakonię modlitwy, bo to mój początek, moja droga i grupa wiernych przyjaciół, i bardzo kocham INMK, bo tam Pan Jezus daje mi nowych przyjaciół, których poznaję i na dobre, i na złe. Historia historią, ale teraz trzeba odkrywać to, co nowe, co Pan Bóg daje dziś, jak nas Pan Jezus w swojej miłości dzisiaj prowadzi, co dla nas zamierza. Diakonia modlitwy i INMK są dla mnie miejscami odkrywania tego.

A coś nie jest takim miejscem?

Nie. Tam, gdzie są Boże rzeczy, tam jest takie miejsce.

Amen! Dziękuję za rozmowę.