Rozmiar tekstu: A A A
reset
Wyślij się na maila




Anty spam: (
4
+
6
) *
2


Wynik:


Opublikowano: 18 września 2014, 22:12    

Konsekwencja kontra bohaterszczyzna

Dlaczego warto cokolwiek poświęcać dla swojego kraju?


Dulce et decorum est pro partia mori

(Słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę.)

Horacjusz

Powstanie Warszawskie przeciętnemu zjadaczowi chleba kojarzy się z walką, pożarami, kanałami, wybuchającymi bombami, barykadami, z pieśniami i poezją Baczyńskiego, ale na pewno nie kojarzy się ze świętością. Niesłusznie.

Odzyskanie niepodległości po 123 latach zaborów było bardzo mocnym przeżyciem dla społeczeństwa polskiego. Chociaż wiele osób, biorących udział w Powstaniu Warszawskim, urodziło się już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, ich rodzice i dziadkowie dobrze pamiętali czasy, w których dominowały represje, cenzura, zsyłki na Syberię, ograniczenia związane z podróżowaniem. Niemała liczba rodzin pielęgnowała tradycje patriotyczne, związane z udziałem przodków w powstaniach czy tajnych organizacjach niepodległościowych, a także posiadała pamiątki po nich oraz po czasach, w których żyli.

Dziś jest jutrem, które jeszcze nie nastało

Jednak nie tylko rodzinne wychowanie młodych ludzi miało charakter patriotyczny. W każdej dziedzinie życia panowała w tej kwestii integralność. Młodym wpajano, że ojczyzna jest jedną z najwyższych wartości. W kościele akcentowano rolę Boga i jego opiekę nad umęczonym narodem. W uroczystościach państwowych aktywnie uczestniczyli przedstawiciele Kościoła katolickiego. W szkole uczniowie uczestniczyli w akademiach, propagowano literaturę polską, zaś epokę romantyzmu „przerabiano” bardzo szczegółowo, uwrażliwiając młodych ludzi na takie postawy jak patriotyzm, służba i poświęcenie. Nie powinno zatem dziwić nikogo, że w momencie wybuchu Powstania Warszawskiego młodzi ludzie przyłączali się masowo do Armii Krajowej. (Szacuje się, że w momencie wybuchu powstania liczba powstańców liczyła ok. 32 tysięcy żołnierzy. W wyniku napływu ochotników jej stan zwiększył się do ok. 45 tysięcy, z których zginęła mniej więcej jedna trzecia, ok. 16 tysięcy). [1]

Wspominając wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat, trudno jest uniknąć porównań. Czy ja bym zachowała się tak, jak moi rówieśnicy w 1944 roku? Taka myśl chyba każdemu zaświtała choć raz. Ale w gruncie rzeczy rozważania te są jałowe. Dlaczego?

Czasy, w których żyjemy, są zupełnie inne od tamtych. Wychowania patriotycznego właściwie nie ma (może w domu i szczątkowo w szkole), co owocuje m.in. tym, że tylko 19 proc. Polaków deklaruje, iż gotowi są oddać swoje życie lub zdrowie za swoją ojczyznę, gdyby wojna wybuchła dziś. (Dane z lutego 2014 r.). [11] To tylko sondaż, realia na pewno byłyby bardziej optymistyczne, ale mimo wszystko jego wyniki dają do myślenia. Więc skoro nie życie, nie zdrowie, nie majątek, to co dziś moglibyśmy dać swojej ojczyźnie? Wojny póki co nie ma. Owszem, czarne chmury zebrały się nad Ukrainą. Kto wie, czy wiatr ze wschodu nie przygoni ich do Polski. Ale w tej chwili nikt nie wymaga od nas poświęcenia życia za ojczyznę.

Może warto zastanowić się nad sprawą bardziej fundamentalną: dlaczego warto cokolwiek poświęcać dla swojego kraju? Jestem historykiem, ale chcę teraz zostawić na boku motywy historyczne, religijne, literackie oraz szeroko pojętą tradycję. Postaram się skoncentrować na logice i faktach, które do mnie przemawiają.

Urodziłam się w Polsce i zostałam wychowana jako Polka. Mówię po polsku, bo kiedyś ten język się wykształcił się akurat na tym terytorium. Mam określony system wartości, bo wychowano mnie w takim kręgu kulturowym, a nie innym. To są fakty. Jadę do pracy w Wielkiej Brytanii i czuję się obco, nawet jeśli mieszkam tam długo i bez zastrzeżeń przyjmuję tamtejszy język, kulturę a przede wszystkim ich pieniądze. Zawsze będę mieć świadomość, że nie jestem stąd. Niezależnie od tego, czy jestem Polką, Rosjanką, Niemką czy Włoszką, będę czuć się obco w innym miejscu. To wynik podziałów, które wytworzyły się dawno temu.

Podziały te, moim zdaniem wytworzyły się po to, by się chronić przed innymi, nazwijmy ich obcymi (nie mogę w tym miejscu powstrzymać się od wtrętu historycznego, dotyczącego powstania słowa „Niemiec” – to ten , który jest „niemy”, czyli niezrozumiały dla nas, albo „nie my”, czyli obcy). Ta ochrona bywa identyfikowana z instynktami pierwotnymi i jest całkiem naturalna, a na pewno związana z emocjami oraz wachlarzem różnych postaw. Ojczyzna jest po to, by się wzajemnie chronić – to wyjaśnienie przemawia do mnie najmocniej. Bez tego zaplecza jestem skazana na podbicie, niewolnictwo, śmierć. A skoro żyję już w jakiejś konkretnej grupie, to naturalną konsekwencją jest, że ona się powiększa i wymyśla system rozpoznawania „swoich”. Tak tworzą się kultura, historia, obyczajowość, którą przyswajają sobie członkowie społeczności, by się odróżnić od innych i pamiętać o swojej odrębności.

Społeczność ta potrzebuje co jakiś czas zwiększenia swojego terytorium, by móc się rozwijać i egzystować. Jest to naturalny proces – jak wzrost każdego organizmu żywego. I wtedy dochodzi do konfliktu interesów z innymi grupami, bo podobne procesy toczą się równolegle na całej kuli ziemskiej. Najczęściej stosowane są metody siłowe i wówczas właśnie owe podziały mają swoje zastosowanie. Państwa różnie motywują te działania: „ochrona praw ludności granicznych”, „potrzeba przestrzeni życiowej”, „dbanie o równowagę sił na świecie”, „nawracanie innowierców. Zawsze jednak chodzi o to samo – „bronić swojego” (nawet jeśli pozornie chodzi o pieniądze, to i tak w gruncie rzeczy walka toczy się o kontrolę innego terytorium).

Społeczeństwo się rozrasta i nie każdy musi być żołnierzem. Tworzą się inne zawody. Co to ma wspólnego z ochroną swojej grupy? Wystarczy dobrze – to znaczy sumiennie i odpowiedzialnie – „robić swoje”. Poprzedni ustrój nauczył nas kombinowania, wygodnictwa a przede wszystkim świadomości, że państwowe to znaczy „nie nasze”, a więc można to kraść i niszczyć. Bronić swojego, to znaczy pracować dla swojej ojczyzny – nie wchodząc w edukacyjno-moralny patos – miejsca, gdzie mieszkamy i żyjemy. Dbać o czysty trawnik przed blokiem, uczestniczyć w posiedzeniach wspólnoty mieszkaniowej czy jakiejkolwiek grupie społecznej, fundacji, wolontariacie.

Święci Powstania Warszawskiego

Powstanie Warszawskie przeciętnemu zjadaczowi chleba kojarzy się z walką, pożarami, kanałami, wybuchającymi bombami, barykadami, z pieśniami i poezją Baczyńskiego, ale na pewno nie kojarzy się ze świętością. Niesłusznie.

Było ich dwóch – obaj kapłani, obaj zakonnicy, obaj męczennicy i beatyfikowani przez Jana Pawła II w 1999 roku. Jeden pochodził z książęcej rodziny Czartoryskich, drugi to chłopski syn, rodem ze Spisza. Jeden był dominikaninem, drugi – pallotynem. Jeden został prawdopodobnie rozstrzelany, jego ciało spalono i nawet po ekshumacji nie dało się go rozpoznać. Drugiego Niemcy powiesili podobno na jego własnej stule, a jego relikwie spoczywają m.in. w kaplicy Muzeum Powstania Warszawskiego.

Michał Czartoryski i Józef Stanek. Dwóch ludzi, którzy zostali błogosławionymi w tak niesprzyjającym czasie. Czy byli bohaterami? Zapewne tak, ale któż nie był w tamtych dniach? Łączniczki noszące pod ostrzałem karabinów maszynowych tajne meldunki, lekarze i pielęgniarki opatrujące rannych, gdy budynki trzęsły się od spadających bomb, żołnierze walczący o każdą kamienicę i zwykli mieszkańcy, budujący barykady czy gotujący obiad dla powstańców. Ale to oni, święci Powstania Warszawskiego, stali się reprezentantami całego pokolenia ludzi konsekwentnych, gotowych oddać życie za ojczyznę, która – obok Boga i honoru – była dla nich priorytetem.

Aby zrozumieć postawę obydwu błogosławionych, warto poznać czasy i środowisko, w których dojrzewali, atmosferę, którą nasiąknęli. Ich życiorysy zasadniczo nie odbiegały od życiorysów tysięcy ich rówieśników. Spośród nich wyróżniali się służbą Bogu w kapłaństwie.

Ojciec Michał Czartoryski urodził się 19 lutego 1897 roku w Pełkiniach koło Jarosławia. Był szóstym z jedenaściorga dzieci Witolda i Jadwigi z domu Dzieduszyckiej. „Atmosfera domu była przesiąknięta głęboką wiarą, zarówno matka jak i ojciec należeli do Sodalicji Mariańskiej. Rodzice świadomie starali się wychowywać w wierze swe dzieci, co zaowocował w przyszłości m.in. tym, że dwaj bracia Jana zostali księżmi diecezjalnymi, a siostra wizytką. (…) Po maturze zdanej w Krakowie rozpoczął studia techniczne we Lwowie i ukończył je jako inżynier architekt. W międzyczasie brał udział w obronie Lwowa w roku 1920 i otrzymał za męstwo okazane w na polu bitwy Krzyż Walecznych. Gdy w 1921 roku zaczęto we Lwowie organizować katolickie stowarzyszenie młodzieży „Odrodzenie”, Jan Czartoryski był jednym z jego założycieli. Od 1923 roku był współorganizatorem wakacyjnych kursów „Odrodzenia”. Od tego czasu był również regularnym uczestnikiem rekolekcji zamkniętych organizowanych przez związek. (…) W 1926 roku, po długich wakacjach spędzonych w podróży po Francji i Belgii, Jan wstąpił do seminarium duchownego obrządku łacińskiego we Lwowie. Po krótkim pobycie w seminarium opuścił je, a w rok później, 18 września 1927 roku, przyjął w Krakowie w kaplicy św. Jacka habit dominikański i rozpoczął nowicjat. W zakonie otrzymał imię Michał. Po roku, 25 września 1928 złożył śluby zakonne. Już w trzy lata później, w 1931 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów teologicznych w 1932 roku, został wychowawcą najpierw braci nowicjuszy, a potem studentów. Oprócz tego przez jakiś czas był odpowiedzialny za budowę nowego klasztoru na Służewie. Gromadził wokół siebie środowiska inteligencji, zajmował się III Zakonem św. Dominika, głosił rekolekcje. Wiosną 1944 roku został skierowany do klasztoru na Służewie w Warszawie”. [2]

Ksiądz Józef Stanek urodził się 4 grudnia 1916 roku w Łapszach Niżnych w diecezji krakowskiej. „Józek był ósmym, najmłodszym dzieckiem swoich rodziców, którzy zajmowali się rolnictwem. (…) Już w szkole podstawowej Józka Stanka wyróżniała powaga i dążenie do wiedzy oraz duża, wrażliwa spostrzegawczość ludzi i otoczenia. Duży wpływ na to miała niewątpliwie przedwczesna śmierć obojga rodziców i dziadków w 1923 roku, na skutek panującej zarazy tyfusu. Był bardzo czynnym i uczynnym ministrantem w kościele, a nawet zdarzało się, że sam pomagał księdzu douczać religii młodszych kolegów”. [3] Szkołę średnią ukończył w Wadowicach, na Kopcu. Po maturze wstąpił do Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego (Księża Pallotyni). Tam odbył nowicjat oraz studia seminaryjne. Święcenia kapłańskie otrzymał 7 kwietnia 1941 roku. 13 kwietnia udało mu się odprawić Mszę Świętą prymicyjną w swojej rodzinnej miejscowości. „Zaraz po święceniach rozpoczął studia specjalistyczne na Tajnym Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Pracował w Warszawie jako duszpasterz i kapelan szpitala w Zakładzie Sióstr Rodziny Maryi na Koszykach”. [4]

Ojciec Michał, pamiętając jeszcze czasy zaborów, doskonale zdawał sobie sprawę z wartości, jaką jest ojczyzna. Warto zauważyć, że wstąpił do dominikanów jako dorosły człowiek, który w przeszłości bronił Lwowa. Z pewnością jego decyzje były podejmowane świadomie i odpowiedzialnie. Natomiast ksiądz Józef, spiski góral, w swoim życiu wielokrotnie wykazywał się uporem i konsekwencją w dążeniu do celu. Aby moc odprawić Msze prymicyjną w swojej rodzinnej wsi, musiał uzyskać zgodę władz słowackich (podczas wojny zmieniła się granica na Spiszu), co nie było łatwym przedsięwzięciem.

Obydwaj przeżywali swoje życie służąc Bogu i ojczyźnie. I wtedy wybuchło powstanie.

Bohaterowie ostatniej akcji?

Wybuch Powstania Warszawskiego zaskoczył ojca Michała na Powiślu. Ponieważ w wyniku walk została odcięta możliwość powrotu do klasztoru, zgłosił się on do dowództwa walczącego na Powiślu III Zgrupowania AK „Konrad” i został kapelanem powstańców. Większość czasu spędzał w szpitalu zorganizowanym w piwnicach firmy Alfa-Laval u zbiegu ulic Tamki i Smulikowskiego, opiekując się rannymi, niósł otuchę i posługę duszpasterską. W zorganizowanej przez siebie kaplicy odprawiał msze. W nocy z 5 na 6 września odziały III Zgrupowania AK „Konrad” wycofały się z Powiśla do Śródmieścia. W szpitalu pozostali ciężko ranni żołnierze, kilka osób z personelu medycznego, cywile i o. Michał. Po wkroczeniu oddziałów niemieckich cywile oraz sanitariuszki zostali wyprowadzeni z piwnic i mogli opuścić miasto. Ojciec Michał był gorąco zachęcany przez przyjaciół, aby zdjął habit i w cywilnym ubraniu wyszedł ze szpitala. Nie przyjął tych propozycji i jedynie, jak przekazał jeden ze świadków, „łagodnie uśmiechnął się i powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, którzy są zupełnie bezradni i unieruchomieni w łóżkach nie opuści”. [5] Nie zdjął habitu, by ocalić życie. [6] „Niemcy zatrzymali go w szpitalu. Około godziny 14 został rozstrzelany w szpitalnym pomieszczeniu wraz z ciężko rannymi powstańcami, z którymi pragnął pozostać. Jego ciało wraz z innymi wrzucono na uliczną barykadę, oblano benzyną i podpalono”. [7]

Ksiądz Józef od 1 sierpnia 1944 r. uczestniczył w powstaniu, przybierając pseudonim „Rudy”. W drugiej połowie sierpnia został skierowany do pracy kapelańskiej w Zgrupowaniu Armii Krajowej „Kryska”, działającym na odcinku czerniakowskiego Powiśla. Z miejsca rozpoczął wszechstronną pracę duszpasterza i kapelana. Przede wszystkim odprawiał Msze polowe i spowiadał. Odwiedzał często polowe szpitale, niosąc duchową pomoc oraz nadzieję walczącym i rannym. Nosił rannych, docierając do najbardziej wysuniętych pozycji powstańczych. Pomagał walczącym żołnierzom i ludności cywilnej odkopywać zasypanych. Wielu rannych uratował od niechybnej śmierci, zwłaszcza w ostatnich dniach powstania na Czerniakowskim Przyczółku. Podnosił też na duchu załamanych mieszkańców i – mimo niebezpieczeństw – wygłaszał do nich Słowo Boże.

Chociaż miał możliwość uratowania swego życia, przeprawiając się pontonem na drugi brzeg Wisły, nie skorzystał z niej (prawdopodobnie odstąpił swoje miejsce rannemu). [8] „Chciał dzielić los żołnierzy i ludności cywilnej, która została na lewym brzegu rzeki”. [9] Pozostając z walczącymi, podjął się pertraktacji z Niemcami w celu uratowania jak największej ilości powstańców. Zatrzymany przez SS w charakterze zakładnika był – według niektórych źródeł – torturowany m.in. za to, że na własną odpowiedzialność polecił powstańcom zniszczyć broń, by ich uratować (Niemcy rozstrzeliwali wszystkich uzbrojonych) oraz by nie wpadła ona w ręce Niemców. Ostatecznie powieszono go (według niektórych źródeł na własnej stule) [10] wraz z innymi powstańcami na pasie transmisyjnym  zaplecza jednego z magazynów przy ul. Solec.

Obydwaj zginęli tak, jak żyli – konsekwentnie realizując swoje powołanie. Obydwaj byli wierni swoim patriotycznym poglądom i głęboko przekonani o ich słuszności. Można powiedzieć, że ich śmierć była owocem życia. Nie stali się „bohaterami ostatniej akcji”, dokonując wielkich czynów w ostatnich godzinach swojego życia. Całe ich dojrzałe życie było związane z Bogiem. W myśl słów z Pisma Świętego: „Nic nas nie może odłączyć od miłości Chrystusa”, obydwaj zakonnicy swoim życiem pokazali, że zmiana sytuacji, w której się znaleźli, nie miała wpływu na ich postępowanie. Bez względu na to, czy żyli w czasie pokoju czy w czasie Powstania Warszawskiego, obydwaj „robili swoje” do ostatnich chwil. Tylko wyjątkowość sytuacji, jaką stało się tło ostatnich miesięcy ich życia – groza płynąca z pacyfikacji Warszawy przez Niemców, sprawiła że ich śmierć stała się (zwłaszcza dla nas dzisiaj) w pewien sposób wyjątkowa.

Historia ma konsekwencje, czyli efekt motyla

Wspomniani błogosławieni księża, jak i całe pokolenie walczące w Powstaniu Warszawskim, są doskonałym wzorem do naśladowania. Nam jest na pewno łatwiej niż im, bo naszej państwowości nie musimy budować od nowa, a jedynie „oczyścić” z pozostałości poprzedniego ustroju. Póki co, nie musimy też walczyć o swoje granice, a jedynie o swój unikalny język, kulturę, poczucie godności bycia Polakiem i życia w naszej ojczyźnie. Trzeba w tym wszystkim konsekwencji, a nie jednorazowej bohaterszczyzny, która dziś tak mocno jest krytykowana na milionach forów internetowych.

Każdy z nas jest uczestnikiem historii. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, zwłaszcza ci, którzy jawnie deklarują, że nie interesują się polityką. Jednak każda nasza decyzja nie tylko wpływa na nasze losy, losy najbliższych, lecz również na „wielką historię”. Trochę przypomina to efekt motyla, dlatego nie powinniśmy lekceważyć dnia codziennego, a przede wszystkim swojego podejścia do codziennych obowiązków. To, co robimy dziś, bez wątpienia wpłynie na nasze jutro. Wiem, brzmi to jak slogan polityczny lub postulat ekologów z Greenpeace, jednak jest prawdą.

Agnieszka Nowak

  • Bardzo dobry tekst, dający do myślenia. Pytanie tylko, czy bohaterstwo ostatniej akcji w ogóle istnieje? Czy możliwe jest, żeby ktoś, kto przez całe życie nie służył ideałom w decydującej chwili stanął na wysokości sytuacji? Tym bardziej dziwi rzekoma krytyka tak rozumianego bohaterstwa na milionach for internetowych – Autorkę chyba lekko poniosło 😉
    Pewną wątpliwość budzi ostatnia część tekstu. Czy rzeczywiście mamy łatwiej niż oni, bohaterowie sierpnia i września ’44? Czy „oczyszczanie” pozostałości poprzedniego ustroju jest procesem prostszym niż chwycenie za broń w powstańczym zrywie? A może inaczej: czy jest równie realne we współczesnej koniunkturze europejskości i kosmopolityzmu?
    Pozdrawiam Redakcję! Więcej takich tekstów!

  • Myśląc o Powstaniu, wspaniałych ludziach, którzy oddali w nim życie, zniszczonej Warszawie, przychodzą mi na myśl słowa Chrystusa „zburzcie tą świątynię a Ja w trzy dni wzniosę ją na nowo”. Nasza ojczyzna straciła wiele, ale zyskała dar bezcenny.

  • Zbigniew Flor

    Słuchałem ostatnio prof.Kierżuna ,który stwierdził że,decydującym momentem było mianowanie stolicy twierdzą „festung Warschau”.AK miało pełną wiedzę co to oznacza po doświadczeniach Mińska Litewskiego- ok.100% strat w ludziach i budynkach.Wobec tego nie mówmy po stronie minusów o stratach po stronie ludności cywilnej i zniszczeniu miasta w trakcie i po Powstaniu,gdyby nie ono, byłyby jeszcze większe.I jeszcze jedna konkluzja historyczna- o ironio!-armia czerwona przez Powstanie stanęła na pół roku nad Wisłą opóżniając swój marsz na zachód.Ciekawe jak daleko by zaszła gdyby nie te pół roku-dokąd by sięgała strefa wpływów Stalina.Powstanie walczyło z Niemcami m.in.(!) w obronie Niemiec zachodnich przed panowaniem radzieckiego komunizmu.Ciekawe czy współcześni Niemcy mają tę świadomość???

KOMENTARZE
  1. Redakcja serwisu oaza.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczanych komentarzy ani się z nimi nie utożsamia.
  2. Komentarze są wprowadzane przez internautów w sposób niezależny od Redakcji i jako takie nie stanowią części serwisu obsługiwanego przez Redakcję.
  3. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia lub wstrzymanie niektórych komentarzy bez podania przyczyn. W szczególności dotyczy to kometarzy zawierających treści, które mogą być odebrane jako obraźliwe lub nie są związane z tematem.
  4. Każdy czyta komentarze na własną odpowiedzialność.

Zobacz

Rekolekcje

Zaproszenia

Kalendarz

STRONY OAZOWE