Ks Przemysław DragO docenieniu zwykłej rodziny, zaangażowaniu małżeństw w katechezy przedślubne i w formację seminaryjną mówi w rozmowie z KAI ks. dr Przemysław Drąg. Dyrektor Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin porównuje także wnioski z przeprowadzonych przed synodem ankiet z tym, o czym biskupi rozmawiali podczas synodu o rodzinie. Wyjaśnia też, czego od Kościoła oczekują polskie rodziny.

KAI: Jak to, co otrzymał Ksiądz w postaci wniosków z przeprowadzonych przed synodem ankiet, ma się do treści zawartych w dokumencie końcowym, wydanym po zakończeniu synodu biskupów nt. rodziny?

Ks. dr Przemysław Drąg: Pierwsza sprawa, która pojawiła się w dokumencie końcowym i miała także odbicie w ankietach, to postulat, by docenić normalne, zwykłe rodziny. To, że są, że walczą, to jest cenna wartość dla wszystkich - dla Kościoła, dla społeczeństwa, dla nich samych, dla ich dzieci.

Druga sprawa, która pojawiła się w ankietach i znalazła mocny wydźwięk nie tylko w dokumencie końcowym, ale też podczas dyskusji synodalnych, to formacja, która polega na formowaniu rodziny - zwykła, codzienna, ludzka. Nie chodzi o żadne fajerwerki, wielkie kampanie, ale o zwykłą codzienną pracę z tymi osobami, towarzyszenie im.

Drugi biegun tej formacji to kwestia przygotowania kapłanów, poprzez formację już w seminarium. To rzeczywiście było mocno podkreślane. Jeżeli chcemy mieć dobre duszpasterstwo rodzin, to musimy mieć także kapłanów, którzy do nich pójdą. Tym bardziej, że w niektórych seminariach, także w Polsce, zdarza się, że więcej niż połowa alumnów pochodzi z rodzin rozbitych. W tym momencie trzeba im nie tylko pomóc dorosnąć do kapłaństwa, ale także pomóc im uporać się z pewnymi dramatycznymi wydarzeniami z ich życia rodzinnego. To jest bardzo ważne.

Postulat o zaproszeniu rodzin do seminaryjnej formacji pojawił się zwłaszcza w grupie z Ameryki Południowej. Więc nie wystarczą tylko księża, którzy formują przyszłych księży, ale właśnie w ramach tej formacji alumnów potrzebne są małżeństwa, które będą pokazywały pewne trudności, radości i dzieliły się tym, czym żyją na co dzień.

Myślę, że ważne jest też to, że w tym świecie kryzysu wartości powiedziano jasno i wyraźnie, że małżeństwo tworzą mężczyzna i kobieta, złączeni jednym nierozerwalnym węzłem, którzy poprzez miłość są otwarci na życie. Jeszcze kilka lat temu powiedzielibyśmy, że to nic nadzwyczajnego, ale dzisiaj to jest bardzo ważne.

Tym samym mocno powiedziano, że ideologia gender zostaje całkowicie odrzucona. Nie ma w Kościele miejsca na dialog z tą ideologią, zwłaszcza z tymi agresywnymi prądami, które chciały podważać definicję małżeństwa, rodziny, seksualności, płciowości. To jest jasna i mocna zapora. Nie mówimy, że walczymy z gender, ale mówimy, czym w istocie jest małżeństwo. W tej kwestii nie ma możliwości negocjacji.

Wreszcie powiedziano, że jesteśmy wdzięczni rodzinom, które przyjęły więcej niż jedno dziecko. Wprawdzie nie mówi się o tym wprost w dokumencie, ale te rodziny, które mają większą liczbę potomstwa są świadectwem wzajemnej miłości i poświęcenia się dla dzieci. Nawet jeśli są to rodziny o wyższym statusie majątkowym, to wiadomo, że każde dziecko jest w pewnym sensie obciążeniem, jeśli chodzi o czas, warunki itd.

KAI: Wciąż kontrowersje budzi 84 i 85 punkt dokumentu końcowego, mówiący o stanowisku Kościoła wobec osób rozwiedzionych żyjących w ponownych związkach. Czy możemy jeszcze liczyć na jakieś konkretne rozwiązania?

- Rzeczywiście to się nie do końca udało. Tutaj trzeba zaczekać na słowo Ojca Świętego, który kategorycznie powie, w którym kierunku jako Kościół idziemy. Myślę, że ważne było przypomnienie, że te osoby nie są ekskomunikowane, są normalnie członkami Kościoła.

Nie jest tak, że oni są wykluczeni, że stoją gdzieś poza bramą Kościoła i nikt się do nich nie odzywa. Mają swoje spotkania, swoich duszpasterzy. Mają możliwość regularnej formacji, jest rozmowa, modlitwa, adoracja, dzielenie się Słowem. Więc ta praca systematyczna jest prowadzona od wielu lat. Skutkuje to tym, że oni bardzo jasno mówią, że niczego nie żądają, że dokonali wyboru, jest im czasem z tym ciężko. Ale wiedzą pod jakimi warunkami mogą przyjmować Komunię Świętą, akceptują to, bo mówią, że to jest ich Kościół. To jest w wielu przypadkach podejście wyjątkowe na tle innych krajów, w których jednak przeważają żądania.

Natomiast myślę, że jest lekki niedosyt, że zabrakło konkretnego rozstrzygnięcia. To jest jedna z bolączek synodu.

KAI: Myśli Ksiądz, że to ostateczne rozstrzygnięcie może znaleźć się w adhortacji posynodalnej, jeśli taka powstanie?

- Nie wiemy, jak to będzie, ale jestem przekonany, że jest to konieczne. W tym momencie pewne środowiska twierdzą, że już ten zapis zezwala na to, by prowadzić osoby rozwiedzione żyjące w nowym związku do Komunii Świętej. Inne twierdzą, że nie ma takiej możliwości.

Jeśli weźmiemy tekst oficjalny, włoski, to nie ma tam zapisu o możliwości sakramentalnego rozgrzeszenia i Komunii Świętej. Jest mowa o rozeznaniu duchowym, o towarzyszeniu, o roli księdza i biskupa w tym towarzyszeniu, o tym, że te osoby muszą sobie odpowiedzieć na ważne dla nich pytania, a my mamy to wszystko ogarnąć miłosierdziem. Ale nie wiemy, co to znaczy i myślę, że jest konieczne ostateczne rozstrzygnięcie, a to może zrobić tylko papież.

Na razie ze spokojem zachowujemy to, co jest znane. Ponieważ nic nowego nie zostało powiedziane należy uważać, że ta doktryna zostaje podtrzymana i Komunia Święta dla osób rozwiedzionych żyjących w nowych związkach jest dopuszczalna pod znanymi do tej pory warunkami.

KAI: Poza biskupami w obradach synodu uczestniczyli także audytorzy świeccy. Jakiego towarzyszenia ze strony Kościoła, wg nich, potrzebuje współczesna rodzina?

- Pierwsza sprawa to bliskość, która pozwoli na to, żeby się wzajemnie poznać. Po drugie, oni oczekują od nas radosnego świadectwa przeżywania swojego powołania. - My patrząc na was chcemy się uczyć też tej radości małżeńskiego powołania i wierności w tym powołaniu - mówili. Trzecia sprawa, to oczekiwanie konkretów. To nie ma być towarzyszenie na gruncie jakiejś zabawy, mówienie, że wszystko jest fajnie i niczym się nie musimy przejmować. To są ludzie, którzy oczekują na liderów, pasterzy, którzy rzeczywiście są ludźmi przygotowanymi, którzy wiedzą, dokąd chcą prowadzić.

KAI: Mamy w Polsce takich księży?

- Myślę, że mamy ich sporo. W wielu seminariach są kapłani przygotowani do tego, by prowadzić zajęcia o małżeństwie i rodzinie. Jest sporo młodych, zaangażowanych księży, którzy chociażby poprzez ruchy, takie jak Domowy Kościół, Ekipy Notre Dame, Ruch Spotkań Małżeńskich, są mocno zaangażowani w codzienną pracę z małżeństwami, są ich kierownikami duchowymi, spowiednikami.

To, co jest naszą bolączką, to to, że ciągle jeszcze w Polsce ograniczamy się tylko do tych, którzy do nas przychodzą. A mamy tę unikalną na skalę światową możliwość, jaką jest kolęda. Mamy możliwość wejścia do domów różnych osób i zaproszenia ich do Kościoła, do spotkania z innymi małżeństwami.

Podczas konferencji prasowych, zwłaszcza ojcowie synodalni z Ameryki Południowej, postulowali powstawanie wspólnot parafialnych, w których małżeństwa i rodziny mogłyby się spotkać, rozmawiać, modlić się, wytworzyć pewną bliskość. To ciekawy postulat, myślę, że warto do tego wracać.

Dzisiaj w wielu przypadkach młode małżeństwa są odseparowane od swoich rodzin biologicznych, tworzenie takich wspólnot, w których czujemy się ze sobą dobrze, jest dobrym pomysłem. A jeżeli później z tego będzie wychodziło powołanie, żeby wejść w jakiś ruch czy stworzyć swój własny, to będzie to już kolejny krok. Ale pierwszy to oswoić ludzi ze sobą, zaprosić ich do wspólnej modlitwy, do bliskości.

KAI: Wiadomo, że w małżeństwach pojawiają się także sytuacje kryzysowe. Czy Kościół ma pomysł na to, jak wspierać takie rodziny i czy jest to w ogóle zadaniem Kościoła?

- Papież Franciszek często mówi o "szpitalu polowym". A moim zdaniem najpierw trzeba zabiegać o to, by do wojny nie doszło. Najpierw jest formacja małżeństw, praca duszpasterska, a dopiero później są przypadki kryzysowe. Trzeba prowadzić normalną, zwykłą profilaktykę duszpasterską.

Niewątpliwie tych sytuacji kryzysowych jest coraz więcej. Takim szczególnym, trudnym przypadkiem dla całej rodziny jest kwestia rozwodów, statystki pokazują, że ich liczba wciąż rośnie.

Drugi problem, to stale rosnąca liczba wolnych związków i konkubinatów. Powstawanie tych związków wiąże się często z brakiem chęci zaangażowania się do końca w relację. Jak pokazuje doświadczenie, kończą się one często dramatycznymi rozstaniami i zadają wiele ran.

Trzecia sprawa to kwestia ojcostwa - to jest poważny problem. Chodzi o obecność ojca, który będzie odpowiedzialny i który będzie blisko swoich dzieci, swojej rodziny. Podczas synodu w grupie francuskiej mówiono o tym, że obserwują wzrost aborcji dokonywanych przez młode, wykształcone, bogate, samotne kobiety. Jestem przekonany, że gdyby przy tej kobiecie był prawdziwy mężczyzna, ta nie zdecydowałaby się na aborcję.

KAI: Wróćmy jeszcze do "szpitala polowego", o którym mówi Franciszek. Czy dobrze prowadzone kursy przedmałżeńskie mogą być tu jakąś profilaktyką?

- Będę uparcie wracał do formacji rodzinnej, bo ten pierwszy etap przygotowania do małżeństwa odbywa się w rodzinnym domu. Kiedy pyta się dzieci o to, czego boją się najbardziej, na pierwszym miejscu wymieniają rozwód rodziców. Więc jeżeli nie czują bezpieczeństwa w domu, nie mają przekonania, że małżeństwo rodziców jest czymś dobrym i pięknym, a przede wszystkim trwałym to już u dzieci zaczyna się rodzić zwątpienie czy to w ogóle ma sens. W wielu rodzinach ten etap jest bardzo zaniedbany i pomijany. A to jest bezcenny wkład w przygotowanie do życia małżeńskiego i rodzinnego.

Drugi etap to katechezy przedmałżeńskie i przedślubne. Tutaj na pewno jest wiele dobrych rzeczy, trzeba to podkreślić. Są kursy i katechezy tak dobre, że po 15 minutach od otwarcia zapisów nie ma już miejsc. Są i te mniej atrakcyjne, prowadzone np. samotnie przez jednego księdza na parafii. Chodzi przede wszystkim o to, by obudzić w tych ludziach wiarę. Za bardzo moim zdaniem skupiamy się na przekazie wiedzy socjologiczno-psychologicznej, na nauce komunikacji, a za mało skupiamy się na osobie Jezusa Chrystusa. To było widoczne w przedsynodalnych ankietach.

Patrząc dalej, wiele żon i mężów mówi, że po ludzku małżeństwo jest niemożliwe, gdyby nie wiara, wysiłek i szukanie wartości, to dawno by się rozstali. W związku z tym trzeba to ponaprawiać. Jest wiele katechez naprawdę dobrych, jest też wiele o średniej jakości, zdarzają się też kiepskie. Poprawa jakości katechez jest jednym z celów naszych działań.

Jeśli chodzi o kursy weekendowe, to trzeba powiedzieć sobie jasno, że przez jeden weekend nikt nie obudzi w człowieku wiary. Ale są też różne szczególne sytuacje - narzeczeni pracują często w różnych miastach, krajach, i dla nich czasem taki kurs jest jedynym rozwiązaniem. Wtedy powinien być on wydłużony do przynajmniej dwóch weekendów, oddzielonych jakimś okresem czasu, podczas którego narzeczeni mogą razem ze sobą przepracować treści, które zostały na pierwszym etapie tego spotkania zapoczątkowane.

Podczas synodu wielokrotnie padały słowa, że musimy skupić się na dobrym przygotowaniu do małżeństwa. Jak to zrobić? Niektórzy mówili - wydłużyć czas. Czy samo wydłużenie czasu ma sens? Niekoniecznie. Ale jeżeli te warsztaty, katechezy, będą mocno oparte o kerygmat, o przekaz biblijny, to będą budzić wiarę. Innych rzeczy można się nauczyć później.

W ankietach i na synodzie padł postulat, że w katechezy przedślubne muszą być zaangażowane małżeństwa. Ich świadectwo w tym przekazie jest bezcenne i w wielu przypadkach o wiele bardziej przekonywujące niż kilka godzin jakiegoś przekazu słownego, prowadzonego przez nawet świetnie przygotowanego księdza.

Rozmawiała Anna Malec

Katolicka Agencja Informacyjna