fot. KajaZazwyczaj narzeczeni przygotowujący się do małżeństwa noszą w sobie wyobrażenie ideału, do którego chcieliby dążyć, ukształtowanego przez ich doświadczenia wyniesione z domu i własne refleksje. Chcą powielać to, co uznali za pozytywne, a uniknąć błędów swoich rodziców. Czas przed ślubem jest szansą na wzajemne poznanie swoich wizji i stworzenie wspólnej. Zakochani rozmawiają o planach na przyszłość, marzeniach o wspólnym domu, spędzaniu czasu, podróżach i… dzieciach. Raczej nikt nie planuje, że nie będzie ich mógł mieć. Rozmowy koncentrują się bardziej na ilości niż na samym fakcie ich obecności.

Czasami planowany termin poczęcia ustalany jest z uwzględnieniem wielu czynników – zawodowych, lokalowych, rodzinnych. Ważne może się stać, kiedy deweloper odda do użytku nasze mieszkanie, kiedy będzie można wziąć urlop, kiedy babcia przejdzie na emeryturę, żeby mogła pomóc w opiece nad maleństwem, kiedy, kiedy, kiedy…

Decyzja, że to jest ten moment, budzi radość, nadzieje, kolejne oczekiwania i plany. Jaki to będzie człowiek? Do kogo będzie podobny? Czy będzie miał dołek w brodzie po tatusiu czy zgrabny nosek po mamie?

 

Nie tak miało być!

No i bach! Zaczynają! Czasami udaje się szybciej niż planowali, a czasami… Jeden miesiąc… Nic. Drugi miesiąc… Nic. „Ach, do trzech razy sztuka!” Trzeci miesiąc… Nic. „Przecież Jurkowi i Hani udało się po pół roku”. Czwarty… Piąty… „Może coś z nami nie tak?” Szósty… Siódmy… „Lekarz mówi, że dopiero po roku można uznać, że jest problem niepłodności”. Mijają miesiące, a kolejny test ciążowy powoduje ściskanie w żołądku. Brak dwóch kresek niesie rozczarowanie i żal. Kolejna menstruacja przyjmowana jest ze łzami. A dookoła same ciężarne i matki z małymi dziećmi. I tylko oni wiedzą, jak trudne chwile są ich doświadczeniem.

Kolejne wizyty u wciąż nowych i coraz lepszych specjalistów nie przynoszą rezultatów. Często są traktowani bardziej jak u weterynarza niż jak u ginekologa. Współżycie małżeńskie odbywa się o określonej porze i przestaje sprawiać taką radość jak kiedyś. Traktują siebie coraz mniej jak kochanków, a coraz bardziej jak maszyny reprodukcyjne. Gdzie dawne chichoty, radość obcowania, cieszenie sobą? W zamian doktoryzują się w tematyce niepłodności i metodach jej leczenia.

Czasami zdarza się jeszcze gorszy scenariusz. Udało się! A po pewnym czasie Bóg zabiera tak upragnione Maleństwo do Siebie. Jak dalej żyć? Jak wypłakać, wykrzyczeć ten ból straty? „Przecież zawsze byliśmy blisko Pana. Czemu nas to spotkało?” A słowa: „Nie martwcie się! Będziecie mieli następne. Nie wy jedni straciliście dziecko.” uderzają prosto w serce, i to w najczulsze jego miejsce. Przecież nic i nikt nie zastąpi tej Kruszynki! Nawet pogrzeb małego ciałka nie przyniósł ulgi. Ono na zawsze pozostanie w ich pamięci.

 

A wy kiedy?

Bliscy i znajomi coraz częściej pytają, kiedy powiększy się rodzina, że nie ma na co czekać. Przecież nie czekają! Dziadek już kupuje piaskownicę, babcia robi czapeczkę na drutach, koleżanki dzielą się wrażeniami z przebiegu ciąży, wymieniają opinie o szpitalach oraz opowiadają o radościach i troskach bycia mamami. A one? Przysłuchują się tylko. Nawet starają się jakoś włączać w rozmowy, ale „dopiero zobaczą, jak się urodzi dziecko”. Nawet gdy starają się mówić o swoim małżeństwie, pasjach czy pracy słyszą: „Taaak, cieszcie się, że macie tyle czasu”, „Wy zajęci czy zmęczeni? Przy dwójce dzieci to dopiero nie wiadomo, jak się nazywasz!”. Ich sprawy są często bagatelizowane, umniejszana jest ich ważność, a spojrzenie na różne kwestie jest niedojrzałe i ubogie w oczach rozmówców. Nawet na spotkaniu kręgu dzielenie życiem to głównie sprawy domowo – rodzinne, a w tematach wychowawczych, rodzicielskich, planowania rodziny itp. w ogóle nie ma dla nas miejsca. Wszelkie posługi zrzucane są na nich, „bo nie mają dzieci, za to mnóstwo czasu”. Każda z opisanych sytuacji dolewa oliwy do ognia, który i bez tego pali ich od środka, a czasami uderza również w relację w małżeństwie. Powoduje jakiś stan zawieszenia w oczekiwaniu na niespełnione i wyrzuca poza utarte podziały, bo już nie single, ale jeszcze nie rodzina.

 

Co robić?

Najlepiej, jak zawsze, zaufać Bogu i Jemu powierzyć cierpienie, smutek, rozgoryczenie. Niech On je przemienia na swoją chwałę. Trzeba mieć oczy, uszy, serce i rozum szeroko otwarte na Jego wolę. Przeżycie żałoby po dziecku, którego nie było dane mieć, czy straconym przedwcześnie, jest konieczne, aby móc dalej żyć. Trzeba zobaczyć i w pełni zaakceptować swoją historię, doświadczenia i brzemię bezdzietności czy niepłodności.

Trwać i pogłębiać miłość i jedność małżeńską, szukać dróg realizacji rodzicielstwa. Przecież pojęcie „miłość płodna” odnosi się nie tylko do płodności fizycznej. Można ją wcielać w życie na wiele sposobów, pełnić różne posługi w Kościele i społeczeństwie, zaangażować się w służbę życiu, podjąć jakąś formę rodzicielstwa zastępczego.

Bez względu na to, jaką drogę Bóg dla nas wybrał, należy nią kroczyć w jedności ze współmałżonkiem, cały czas szukając i wypełniając wolę Pana dla każdego z osobna i dla małżeństwa. Jedną z okazji ku temu są rekolekcje organizowane przez diakonię życia dla bezdzietnych małżeństw. To miejsce, gdzie nie usłyszycie dobrych rad „życzliwych”, zachęt do adopcji ani różnych metod leczenia. Jest to czas wspólnego bycia przed Bogiem i spotkań z małżeństwami znajdującymi się w podobnej sytuacji.

Katarzyna Łukomska

wraz z mężem należy do Domowego Kościoła w Diecezji Warszawsko-Praskiej, jest członkiem Centralnej Diakonii Życia

 

artykuł  ukazał się w pismie "Oaza" nr 105 (VII-IX 2012)