Drukuj

fot. Mirek KrajewskiZaraz po ślubie mieliśmy ogromne pragnienie, by jak najszybciej było nas więcej. Od samego początku byliśmy bardzo blisko naszego dziecka, gdyż dzięki metodom naturalnym mogliśmy wiedzieć, że już jest. Zamiast prosić Pana Boga - jak to się zwykle robi - o zdrowie dla dziecka, prosiliśmy tylko o łaskę chrztu. Jakie było nasze rozczarowanie, tzn. głównie moje, gdy spotkało nas niepowodzenie. Poroniłam! Było to dla nas ogromną tragedią. W szpitalu znalazłam się na swoim oddziale, ale inaczej się to widzi od strony pacjentki. Mimo, że były tam moje koleżanki, wszyscy byli strasznie obcy. Tłumaczyli, że na tym się nie kończy, że mogę mieć jeszcze nie jedno dziecko. Mile wspominam lekarza, który chciał naprawdę mi pomóc. Powiedział, że zrobi USG i jeżeli dziecko będzie żyło, to "stanie na głowie", aby pomóc temu dzieciątku. Ale, jeżeli dziecko nie żyje, żebym się już nie łudziła.

Poszłam wtedy od razu zrobić USG. Widziałam, że jest dzieciątko, ale nie widziałam tego, co zawsze na filmach się widzi - nie widziałam serca, które by biło. Proszę sobie wyobrazić, co się ze mną wtedy działo. Taki ogromny żal do Pana Boga. Teraz inaczej do tego podchodzę, ale wtedy nie mogłam zrozumieć, dlaczego mnie to spotkało. Właśnie mnie - za moją przeszłość, za zaangażowanie w ratowanie życia. Nie mogłam się z tym pogodzić.

Drugiego dnia miałam zabieg, przed którym podeszłam do lekarza z prośbą, by dał mi ciałko mojego dziecka. Nie chciałam, żeby znalazło się później w klozecie. Wtedy dzwoniłam do moich przyjaciół z Diakonii Życia i to oni pomogli mi wrócić do równowagi. Było to naprawdę wielkie umocnienie. Ale bardzo długo nie mogłam dojść do siebie.

Dopiero gdy półtora roku później urodziłam Jadzię, wróciłam do równowagi. Od pierwszych chwil wiedzieliśmy, że Jadzia już jest. Byłam cały czas na podtrzymaniu. Miałam bóle i bardzo ciężko przechodziłam ten czas duchowo. Wiecznie się lękałam, że urodzę wcześniej. Rzeczywiście, w siódmym miesiącu, odpłynęły mi wody. Na szczęście mąż Krzysztof był w domu. Pojechałam do szpitala. Marzyłam o tym, by Krzysiu był przy porodzie. Oczywiście lekarz nie zgodził się na to. Powiedział Krzysiowi: "Lepiej niech się Pan wyśpi. Nie można rodzić razem. Jedno ma rodzić, a drugie spać."

26 godzin rodzenia. To było okropne. Przeżywałam bardzo silne bóle. Wtedy byłam w "dołku duchowym". Byłam daleka od Boga. Gdy w końcu Jadzia się urodziła, och, jaka byłam szczęśliwa. Przepraszałam Boga, że byłam taka oschła dla Niego. Ten poród był dla mnie powrotem do Boga. Gdy zobaczyłam, że dziecko jest całe, zdrowe i takie kochane, ogarnęła mnie ogromna radość. Myślę jednak, że inaczej bym to wszystko przeżyła, gdybym była z Krzysztofem.

Bardzo długo byłyśmy w szpitalu, gdyż Jadzia chorowała. Powrót do domu. Radość wychowywania. Chciałam przelać całą miłość na Jadzię i rzeczywiście tak było. Chciałam jej wynagrodzić to wszystko, co wycierpiała. Dopiero teraz widzę, że było to niezbyt dobre. Jest bardzo rozpieszczona - pępuszek świata.

Dlatego zdecydowaliśmy, żeby Jadzia nie była sama, żeby nie była egoistką i żeby potrafiła podzielić się tą miłością, którą jej darujemy. Począł się Rafałek. Wiedzieliśmy od razu, że jest nas już więcej. Dla mnie był to prawdziwy okres bliskości z Panem Bogiem.

Gdy lekarz mnie zbadał, powiedział, że żadnej ciąży nie widzi, macica jest pusta, że to tylko guz jajnika, ewentualnie może być ciąża pozamaciczna. Przeżyliśmy znowu ciężkie chwile. Poszłam do innego lekarza. Był też lekarz, który badał mnie dzień wcześniej. Powiedział: "Wiesz, Dorota, mówiłem ci wczoraj, żebyś się nie łudziła." I wtedy zaczął mi robić USG i mówi: "Jest dziecko w macicy. Żyje!". Można sobie wyobrazić, co się wtedy ze mną działo. Myślałam, że zacznę go całować, skakać z radości. Taka radość! Obiecałam Panu Bogu, że ten okres przeżyję zupełnie inaczej, że będę cały czas w stanie łaski uświęcającej, że będzie to dar i wynagrodzenie.

Rafałek urodził się o czasie. Poród przebiegał zupełnie inaczej. Był dla mnie wielką radością. Cały czas modliłam się do Matki Boskiej, by mi pomogła. Bałam się przed porodem, że będzie to tak strasznie długo jak przy Jadzi. A było błyskawicznie. Tak sobie wymarzyłam, że chciałabym urodzić gdzieś około godziny 12, żeby na Anioł Pański było dzieciątko. Zmówiłam Anioł Pański już na łóżku porodowym, z bólami partymi. A o wpół do pierwszej był Rafałek. Och! Zupełnie inaczej się rodzi, gdy jest się tak blisko Boga!

Ja pierwsza na sali położnic zaczęłam rozmawiać z dzieckiem na głos, śmiałam się, mówiłam do niego. Potem, po kolejnym karmieniu, już każda kobieta rozmawiała z własnym dzieckiem. Śmiać mi się tylko chciało, jak na początku patrzyły na mnie jak na głupią, a później tak samo postępowały.

Dorota Mielecka
(w chwili obecnej matka czwórki dzieci)