serduszkoDlaczego ludzie zawierają małżeństwa?

A w szczególności: dlaczego chrześcijanie zawierają małżeństwa?

No właśnie – dlaczego zawarłeś małżeństwo? (A jeżeli nie żyjesz w małżeństwie, to dlaczego zamierzasz ożenić się czy wyjść za mąż?).

Najczęściej pojawiają się odpowiedzi: „Z miłości", „Aby dzielić z kimś życie", „Dla zapewnienia sobie bezpiecznej przyszłości", i są słuszne – do pewnego stopnia. Możesz się zdziwić, jeżeli powiem, że miłość, towarzystwo i bezpieczeństwo nie są wystarczającą gwarancją, że jakiekolwiek małżeństwo będzie trwało całe życie, będzie udane i szczęśliwe. Szczególnie nie dotyczy to małżeństwa chrześcijańskiego. Na przykład, co sprawia, że związek nie rozpada się, kiedy mąż przeżywa długotrwały stres i każdego ranka budzi się, nie czując się szczególnie kochanym czy zakochanym? A co z żoną, która w chwili słabości zastanawia się, czy nie znalazła właśnie „lepszego" towarzysza w pracy, na sali gimnastycznej czy nawet w kościele? A co dzieje się z małżeństwem budowanym wokół idei bezpiecznej przyszłości, kiedy mąż i żona są zmęczeni nastawieniem na „jedynie to, co w życiu podstawowe" i pragną większej bliskości, więcej emocji, więcej radości, czy po prostu „więcej"?

Tajemnica małżeństwa uodpornionego przeciwko rozwodom

Jest tylko jeden powód zawierania małżeństwa, który gwarantuje trwające całe życie szczęście i doniosłość małżeństwa, tylko jeden powód, który w ogóle przybliża do prawdziwego znaczenia małżeństwa chrześcijańskiego. Prawdziwe znaczenie małżeństwa chrześcijańskiego to więcej niż miłość i dzielenie życia z przyjacielem; mąż i żona mają sobie nawzajem pomagać w stawaniu się takimi ludźmi, jakimi powinni być według stwórczego zamiaru Boga.

Bóg nie zadał sobie trudu ustanowienia instytucji małżeństwa po to, by dać błogosławieństwo na to, że na 100 procent nie pójdzie się wieczorem samotnie na kręgle. Prawdziwa godność twojego chrześcijańskiego małżeństwa płynie z obietnicy przeżywania każdego dnia na odkrywaniu i wypełnianiu tożsamości każdego z was w Chrystusie. Innymi słowy, małżeństwo jest wspólnym wprowadzaniem w życie tego, do czego zostaliście przeznaczeni jako chrześcijanie.

Pismo Święte mówi, że „i w życiu, i w śmierci należymy do Pana" (Rz 14, 8 ). Poprzez małżeństwo Bóg powierza każdemu z nas święte zadanie: przygotować współmałżonka do spędzenia wieczności z Nim w niebie. To właśnie oznacza to ładnie brzmiące sformułowanie wzywające mężów i żony, by stawali się „dla siebie nawzajem Chrystusem". Jednym słowem, każdej osobie przyjmującej sakrament małżeństwa w kościele Bóg mówi: „Wybieram cię do odegrania kluczowej roli w uświęceniu twojego męża/żony. On/ona może nie dokonać tego bez ciebie. Dopilnuj, by dokonał/dokonała tego z tobą".

Ta odpowiedzialność nie powinna być dla ciebie wielkim zaskoczeniem; w końcu uświęcenie to podstawowe dzieło każdego sakramentu. Kiedy pobieracie się w Kościele, nie mówicie po prostu: „My się kochamy". Czy też: „Jesteśmy przyjaciółmi". Ani nawet: „Naprawdę siebie pragniemy". Oczywiście, wszystkie te trzy zdania powinny być prawdziwe. Ale o wiele ważniejsze jest, że gdy pobieracie się w Kościele, potwierdzacie, iż od tego momentu aż do śmierci Bóg uczynił każde z was odpowiedzialnym za dopilnowanie, by wasz mąż czy żona stawał/stawała się taką osobą, jaką powinien/powinna być według stwórczego zamiaru Boga. Od tej odpowiedzialności ważniejsze jest jedynie zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa i wolna wola współmałżonka. Każde z was przyznaje również, że szczerze wierzy, iż z mężem/żoną ma większą szansę niż bez niego/niej stać się taką osobą, jaką powinno być według stwórczego zamiaru Boga. Jak powiedziała mi kiedyś żona pewnego pastora: „Jezus mnie zbawił, ale od mojego męża zależy, jaka będę, gdy dotrę do Niego". Amen, siostro.

Na Jego obraz

A więc kim masz być według stwórczego zamiaru Boga? Skąd wiesz, jaka jest twoja tożsamość w Chrystusie? Na to pytanie, moim zdaniem, odpowiada Pismo Święte stwierdzając, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże. Może nie bylibyśmy w stanie wskazać Boga w rzędzie stojących przed nami ludzi. Nie wiemy, jaki ma kolor skóry i włosów, nie znamy Jego wagi ani rozmiaru nosa, ale wiemy, jak wygląda. „Widzimy" Boga każdego dnia w Jego współczuciu, miłosierdziu, sprawiedliwości, prawdzie, miłości, kreatywności, mądrości itd. Wierzę, że „bycie stworzonym na Jego obraz" odnosi się do tych aspektów Jego osoby, tych cnót (miłości, prawdy, mądrości, sprawiedliwości, współczucia itd.), które zakodował w naszym DNA w momencie poczęcia (mówiąc metaforycznie). Jak ujmuje to C.S. Lewis: „[Bóg] użycza nam trochę swej zdolności rozumowania i to uzdolnia nas do myślenia. Wprowadza w nasze serca trochę swej miłości i dlatego miłujemy jedni drugich" (O wierze i moralności chrześcijańskiej).

Fundamentem naszej chrześcijańskiej tożsamości jest chrzest. Kiedy zostaliśmy ochrzczeni, Bóg niewyobrażalnie wspaniale nas obdarował. Oprócz obmycia naszych dusz z grzechu pierworodnego, napełnił nas łaską uświęcającą, ofiarował nam trzy cnoty teologalne, wiarę, nadzieję i miłość, obdarzył siedmioma darami Ducha Świętego (mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej), wyposażył nas w cnoty moralne (np. roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie) i uzdolnił nas do przynoszenia dwunastu owoców Ducha Świętego (miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wspaniałomyślność, łagodność, wierność, skromność, opanowanie, czystość). Mieć tożsamość w Chrystusie to znaczy żyć według tych za darmo nam ofiarowanych cnót i cech w sposób jedyny i wyjątkowy, wynikający z okoliczności naszego życia. Mieć tożsamość w Chrystusie to znaczy również znać cel, dla którego Bóg umieścił nas na ziemi i wypełniać go. Co mamy tu zrobić? Jaka jest nasza misja? Im bardziej nasze codzienne wybory i postępowanie odzwierciedlają dane przez Boga wartości, cnoty, marzenia i cele, tym silniejsza jest nasza chrześcijańska tożsamość. Podczas gdy każdy z nas jest osobiście odpowiedzialny przed Bogiem za wypełnianie tej tożsamości, zadaniem sakramentalnego małżeństwa jest wspieranie nas, kształtowanie i dodawanie odwagi na tej drodze.

„Ładnie to brzmi, Greg – możesz stwierdzić – ale co to oznacza w prawdziwym życiu?"

Przekładając to na praktykę życia, wspólne trwanie w tożsamości chrześcijańskiej oznacza, że kiedy współmałżonek prosi cię o coś więcej, jesteś zobowiązany to ofiarować, niekoniecznie dlatego, że on czy ona zasługuje na taką wspaniałomyślność (rzadko zasługujemy na to, by być kochanymi), ale dlatego, że jesteś przed Bogiem odpowiedzialny za okazywanie tej wspaniałomyślności. Możesz nie mieć ochoty na bardziej romantyczne zachowanie w stosunku do męża czy żony, ale poprzez takie gesty wypełniasz Boży plan okazywania mężowi czy żonie, jak bardzo cenną osobą jest dla Boga. Możesz lękać się gotowości do przyjęcia zranienia, bezbronności, którą odczuwasz przy współżyciu seksualnym, ale ta bezbronność to właśnie to, czego oboje musicie się nauczyć, jeżeli chcecie otworzyć się na wieczną miłość Boga. Zawsze, kiedy ociągasz się w życiu małżeńskim, nie pozwalasz Bogu kochać swojego męża czy żony tak, jak On chce go/ją kochać – tak jak tego mąż czy żona potrzebuje. Pamiętaj, Bóg żąda, byś dla swojego współmałżonka był/była Chrystusem. Kiedy ostatnio Chrystus odmówił ci okazania swojej miłości? Kiedy w ogóle odmówił ci pociechy, którą daje Jego cenne Ciało? Mogłeś na to nie zasługiwać, a Bóg mógł nie mieć na to ochoty, ale jakoś te kwestie nigdy się nie pojawiły.

A to jest dopiero początek. Czy wspierasz kreatywność swego współmałżonka – tak jak czyni to Bóg – czy też mówisz: „Dlaczego chcesz zrobić coś tak głupiego?". Czy wyraźnie doceniasz piękno swego męża/żony – jak czyni to Bóg – czy też krytykujesz żonę i/lub zaniedbujesz ją? Czy starasz się spełniać marzenia, cele i potrzeby współmałżonka – jak czyni to Bóg – czy dbasz o własną wygodę, prosząc go/ją o ograniczenie się do tego, co ty uznajesz za dopuszczalne lub „rozsądne"? Czy ukrywasz się za bezsensownym sloganem „Mężczyźni są racjonalni, kobiety są emocjonalne", czy też starasz się okazywać pełną, racjonalną i emocjonalną osobowość, tak jak czyni to Bóg?

Dla chrześcijanina bycie mistrzem umiejętności małżeńskich ma niewiele wspólnego z byciem dobrym towarzyszem na ziemi, natomiast oznacza bycie współpracownikiem w wypełnianiu Bożego planu zbawienia dla ciebie i twojego współmałżonka. Jeżeli twój małżonek nie zasługuje nawet na kwiatek, kartkę, chwilę miłej rozmowy czy jakiś fizyczny znak miłości z twojej strony, to jak ma się nauczyć przyjmować ogromną miłość, którą Bóg przygotował dlań w królestwie niebieskim?

Pomoc mężowi/żonie w dostaniu się do nieba to o wiele więcej niż chodzenie co niedzielę do kościoła i odmawianie różańca. To też jest niezbędne, ale oprócz tego pomoc ta polega na byciu kochającym, troskliwym, wspaniałomyślnym współmałżonkiem, jakim byłby na twoim miejscu Chrystus. Czy kiedykolwiek naprawdę doceniłeś z wdzięcznością, jak ważna jest twoja rola jako męża czy żony w Bożym planie? Zrozumienie ważności jest też niezbędnym pierwszym krokiem do wypełnienia wezwania Kościoła: „Rodzino, stań się tym, czym jesteś" (Familiaris consortio, 17).

Do tej pory omawialiśmy uświęcającą rolę małżeństwa – czyli rolę, jaką małżeństwo pełni w czynieniu nas bardziej pełnymi i bogobojnymi ludźmi. Każdy sakrament w jakiś sposób ma na celu nasze uświęcenie, każdy też daje nam szczególne łaski (łaski stanu), które uzdalniają nas do skutecznego wykonywania konkretnego zadania w Kościele. Na przykład przez chrzest w wodzie i Duchu zostajemy uświęceni poprzez zmycie piętna grzechu pierworodnego oraz daną nam łaskę opierania się przyszłym pokusom. Chrzest przekazuje nam również inne łaski (łaski stanu), które uzdalniają nas do wykonywania trzech zadań. Jest to (1) bycie kapłanami (oddawanie Bogu siebie w ofierze, oddawanie Mu chwały i czci); (2) bycie prorokami (głoszenie prawdy o Bożym słowie i dziełach Boga) oraz (3) bycie królami (postępowanie tak, jak przystało na syna lub córkę Najwyższego Boga). Podobnie, oprócz uświęcania nas, Bóg daje nam przez sakrament małżeństwa specjalne łaski do wykonywania konkretnych zadań. Te zadania to: (1) przywrócenie pierwotnej jedności, która istniała między mężczyzną i kobietą (w Adamie i Ewie) oraz (2) powoływanie do istnienia nowego życia.

Cel małżeństwa: budowanie jedności

Nie tak dawno popularność zdobyło stwierdzenie, będące tytułem jednej z książek: „mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus". Podobno kobiety są rozmowne, wrażliwe, emocjonalne, nastawione na budowanie relacji, troskliwe, kochające i wspierające. Mężczyźni zaś lubią piłkę nożną.

I nigdy się nie dogadają.

Jeżeli znajduje to potwierdzenie w naszych obecnych doświadczeniach – a niestety u wielu tak jest – musimy pamiętać, że nie taki był i nie taki jest Boży zamiar. Kiedy Bóg stworzył kobietę, Adam powiedział: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!" (Rdz 2, 23). Adam nie powiedział – parafrazując prof. Henry'ego Higginsa (bohater Pigmaliona G.B. Shawa - przyp. tłum.) – „Dlaczego ta kobieta nie może być bardziej jak mężczyzna?".

Rozdzielenie i dezorientacja współczesnych kobiet i mężczyzn co do siebie nawzajem jest bezpośrednim owocem grzechu pierworodnego. Jasne jest, że nie tak powinno być. „Godny pożałowanie incydent z jabłkiem" był dla kobiet i mężczyzn tym, czym wieża Babel dla świata.

Mam jednak dobrą wiadomość: przez co najmniej kilka milionów lat przed pojawieniem się Johna Graya (tego od Marsa i Wenus) Bóg poprzez małżeństwo dawał ludziom łaski konieczne dla przywrócenia prawdziwej jedności, której doświadczali Adam i Ewa oraz do pokonania fałszywych różnic, powodujących niezgodę między kobietami i mężczyznami. Mówiąc językiem teologicznym, jest to łaska leżąca u podstaw realizowania jednego z celów małżeństwa – budowania jedności. Kiedy mężczyzna i kobieta dobrowolnie i całkowicie oddają się sobie nawzajem, trwałość i niezmienność łączącej ich więzi – między innymi – uzdalnia ich do życia z doskonałą wzajemną znajomością swoich „języków". Czyniąc to mężczyźni i kobiety stają się w końcu w pełni ludzcy. „I będą oboje jednym ciałem" (Mt 19, 5).

Oczywiście stwierdzenie, że Bóg daje nam łaskę pokonywania fałszywych czy nieuzasadnionych różnic między mężczyznami i kobietami, nie przeczy istnieniu prawdziwej odmienności płci. Te różnice są jednak o wiele subtelniejsze i o wiele głębsze niż spolaryzowane, nadmiernie uproszczone definicje, których kurczowo trzyma się wielu członków naszego społeczeństwa (np.: „Mężczyźni są racjonalni. Kobiety są emocjonalne"; „Mężczyźni nie wykonują prac domowych i nie zajmują się małymi dziećmi. Kobiety nie powinny pracować poza domem" itp.). William May, teolog moralista, w książce Marriage: The Rock on Which the Family Is Built wyjaśnia, że różnice płci powinny być różnicami we „wzmocnieniu akcentu".

Co to oznacza? Na początku Bóg podzielił się tymi samymi aspektami siebie (tzn. tym samym zbiorem cech i cnót) z obiema istotami ludzkimi, mężczyzną i kobietą. Jak wykazał Jan Paweł II w Pierwotnej jedności, fakt, iż Adam powiedział o Ewie: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!" (Rdz 2, 23), w pełen dramatyzmu sposób pokazuje, iż Ewa – w ciele, umyśle i duszy – była istotą, z którą Adam mógł nawiązać pełną relację. Nasi pierwsi rodzice zostali uczynieni z tego samego, podstawowego tworzywa biologicznego, psychologicznego, emocjonalnego i duchowego.

U początku stworzenia oboje, mężczyzna i kobieta, otrzymali zdolność myślenia, wyrażania emocji, kochania, komunikowania się, tworzenia, ustanawiania celów, troszczenia się itd. Podobnie oboje, mężczyzna i kobieta, zostali wezwani do życia wszystkimi tymi cechami w pełni. Jednakże ze względu na to, w jaki sposób Bóg stworzył ich ciało, Adam i Ewa mieli inny styl stosowania tych cech w codziennym życiu (przeczytaj hasło „Teologia ciała" w Encyclopedia of Catholic Doctrine – Encyklopedii doktryny katolickiej wydawnictwa Our Sunday Visitor oraz tekst przemówienia pt. Pierwotna jedność, wygłoszonego przez Jana Pawła II podczas audiencji generalnej w dniu 7 XI 1979 r.). Tak więc, na przykład, choć na oboje Bóg nałożył obowiązek opiekowania się, wyrażania emocji, komunikowania się itd., to stwarzając ciało Ewy położył nacisk na te właśnie cechy i to podkreślenie Bóg nazwał „kobiecością". Podobnie, choć na oboje Bóg nałożył obowiązek układania planów, ustalania celów, zaspokajania potrzeb, rozwiązywania problemów itd., to stwarzając ciało Adama położył nacisk na te właśnie cechy i to podkreślenie Bóg nazwał „męskością".

Dobrym przykładem obrazującym, jak w praktyce funkcjonuje to inne rozłożenie akcentu, jest sposób wypełniania przez mężczyzn i kobiety wezwania do opieki nad małymi dziećmi. Bóg wyposażył kobiece ciało w możliwość karmienia dzieci. Ale choć mężczyzna nie może karmić piersią, Bóg nadal oczekuje od niego intensywnej obecności i aktywności w życiu dziecka, podobnie jak Bóg Ojciec jest obecny i działa w naszym życiu. Bóg dał zarówno kobietom, jak i mężczyznom zdolność do bycia w pełni opiekuńczymi i kochającymi, ale postanowił, że każda płeć będzie wyrażać tę pełnię w równie wartościowy, choć jednak inny sposób, i te sposoby będą się uzupełniać. Jak uczy nas Jan Paweł II, mężczyźni i kobiety muszą kontemplować na modlitwie wyjątkowe zdolności swego ciała, aby najpierw zrozumieć, czym jest prawdziwa męskość i prawdziwa kobiecość. Potem musimy używać naszej męskości i kobiecości jako pryzmatu, przez który wyrażamy pełnię naszego człowieczeństwa.

Jak napisałem wyżej, Adam i Ewa przed upadkiem w pełni posiadali cechy, które dał im Bóg, choć zazwyczaj podkreślali je w odmienny sposób. Ale po upadku ludzkości męskość i kobiecość przestały być kładzeniem nacisku, natomiast stały się całkowicie różnymi językami. Mężczyźni i kobiety wyznaczyli sobie odrębne terytoria i zabronili współmałżonkom przekraczać wyznaczoną linię – jak gdyby ktokolwiek chciał to uczynić. To tragiczne rozdzielenie trwało na przestrzeni dziejów i wciąż się pogłębiało, aż wreszcie mężczyźni i kobiety zaczęli czuć się istotami z całkowicie innych planet (powiedzmy, z Marsa i Wenus).

Ale przeobrażenie się męskości i kobiecości w odmienne języki nigdy nie było zamiarem Bożym. Przeciwnie, On chciał, aby były one uzupełniającymi się sposobami wyrażania wspólnego człowieczeństwa. Poprzez małżeństwo Bóg daje mężom i żonom łaskę konieczną do odbudowania pierwotnej jedności, której doświadczali pierwsi rodzice. Bóg nie daje nam łaski niewystarczającej, pozwalającej jedynie współegzystować w jakimś marsjańsko-wenusjańskim zawieszeniu broni. Jest wręcz przeciwnie, Bóg daje mężom i żonom wszelkie łaski potrzebne do przekroczenia fałszywych różnic, do odkrycia, że naprawdę są mieszkańcami Ziemi i mówią jednym językiem radosnej, wzajemnej miłości i służby, językiem stworzonym przez Ojca, pokazanym przez Syna i podtrzymywanym przez Ducha Świętego.

Stańcie się tym, czym jesteście

Bóg daje nam jednoczącą łaskę, ale to my musimy chcieć wykonać dzieło, do którego ta łaska nas uzdalnia. Wcześniej pisałem w tym rozdziale, że małżeństwo chrześcijańskie musi być oparte na przekonaniu, że razem ze współmałżonkiem macie większą niż bez niego szansę stać się taką osobą, jaką każde z was powinno być według stwórczego zamiaru Boga. Jednak zbyt wielu chrześcijańskich mężów i żon nie pełni ról wzajemnie się dopełniających, natomiast wypełniają role kompensacyjne, wyrównujące, co powstrzymuje ich rozwój jako istot ludzkich i jako chrześcijan. Na przykład niektóre żony nigdy nie nauczą się robić, czy być A, B czy C, ponieważ, jak to ujmują, „Po to mam męża". Podobnie, niektórzy mężowie nigdy nie nauczą się robić, czy być X, Y czy Z, ponieważ twierdzą: „Po to mam żonę". Takie osoby zapominają, że marnują daną im przez Boga okazję do stawania się takimi, jakimi Bóg chce ich mieć: sprawnymi, w pełni dojrzałymi istotami ludzkimi, gotowymi na walkę z ograniczeniami, które przez grzech pierworodny zakorzeniły się w ich ciele, umyśle, duchu i relacjach. Uświęcenie nie polega tylko na pokonywaniu przeszkód duchowych, jest również pokonywaniem przeszkód fizycznych, emocjonalnych i psychicznych. Czy wykorzystujesz ofiarowaną ci przez Boga łaskę małżeństwa, by dążyć do pełni człowieczeństwa? Czy też chowasz się za żałosną wymówką: „Nie takie powinny być kobiety [lub nie tacy powinni być mężczyźni]"?

Takie stwierdzenie jest głupią wymówką, niegodną chrześcijanina. Mężczyźni muszą być mężczyznami, takimi jak Jezus Chrystus. A kobiety mają być kobietami, takimi jak Maryja albo niewiasta z 31. rozdziału Księgi Przysłów. Tylko wówczas chrześcijańscy mężowie i żony będą w stanie doświadczać prawdy o dopełnianiu się i pełni łaski małżeństwa.

Jeżeli jesteś chrześcijaninem żyjącym w małżeństwie, Bóg daje ci łaskę dokonania tego dzieła.

Gregory Popcak

fragment książki "Na dobre… na zawsze!" wydanej przez Wydawnictwo Światło-Życie