To jeden z tematów wywołujących wielkie dyskusje i budzący wiele emocji. Jak to jest z mieszkaniem razem przed ślubem?

Na naszych oczach dokonała się swoista rewolucja kulturowa. Najważniejszą decyzją w odczuciu młodej pary staje się w wielu wypadkach nie decyzja o ślubie, a decyzja o zamieszkaniu razem – niekoniecznie wiążąca się z jakimikolwiek deklaracjami. Logiczne zdawałoby się następstwo wydarzeń, jak zakochanie – miłość – oświadczyny – narzeczeństwo - ślub, jest zastępowane przez sekwencję zakochanie - wspólne mieszkanie - ewentualne oświadczyny i może kiedyś ślub. Ci, którzy dzielenie mieszkania uważają za jeden z przywilejów małżeństwa, uważani są za dziwaków: „Skoro państwo będą mieli ślub, to dlaczego państwo nie mieszkają razem?” – takie pytanie usłyszała od ośmio- czy dziewięciolatki jedna z koleżanek naszych córek na zorganizowanym przez parafię obozie.

Podział na tych za i tych przeciw wcale nie przebiega według deklaracji wiary lub niewiary czy chodzenia ewentualnie niechodzenia do kościoła. Zwolenników „sprawdzania się” we wspólnym zamieszkaniu, bądź usprawiedliwiających wspólne gospodarstwo (to ostatnie często z zastrzeżeniem braku pożycia seksualnego) znajdziemy również (niestety!) wśród oazowiczów. Jak więc argumentować, że to nie jest Boża droga, Boży plan?

Z drugiej strony rodzice doświadczają rozmaitej presji ze strony dorosłych dzieci albo też stawiani się przed faktem dokonanym. Jak odnaleźć się w takiej sytuacji? Co robić? Jak rozmawiać? (Agata Jankowiak)

Wśród wielu młodych par dość powszechnym stał się w ostatnich czasach styl życia, polegający na decyzji o wspólnym zamieszkaniu bez ślubu. Jedna z takich form znana jest pod hasłem „kohabitacja”. Niniejszy artykuł podejmuje ten temat i próbę odpowiedzenia na pytanie: czym ona jest, a czym nie; czy wynika z mody, trendu, stylu życia czy konieczności; czy jest receptą na kryzys współczesnego małżeństwa czy go pogłębia.

KOHABITACJA to zapewne dla wielu termin obcobrzmiący, choć jego brzmienie (w przeciwieństwie do pisowni) sugeruje, że odnosi się do relacji międzyludzkiej – „kochania kogoś”. Pochodzi z łacińskiego „cohabitare” i oznacza po prostu „współmieszkać”. Najczęściej używane w kontekście związku partnerskiego heteroseksualnego i jego decyzji o wspólnym zamieszkaniu bez zobowiązań formalnych. Na taki styl życia w naszym kraju jeszcze do niedawna używało się takich sformułowań jak życie „na kocią łapę”, „na kartę rowerową”. Czasem niesłusznie utożsamiane z konkubinatem. Kohabitacja to termin rzadko używany na co dzień, ale zjawisko powszechne i można by rzec, niezwykle popularne i atrakcyjne dla bardzo wielu młodych par, dlatego warto zatrzymać się nad tym problemem, ocenić go w perspektywie socjologicznej, psychologicznej, etycznej.

Czym w takim razie jest, a czym nie jest kokohabitacja? Według literatury przedmiotu kohabitacja to podjęcie przez parę decyzji o wspólnym zamieszkaniu bez ślubu, tj. bez prawnych zobowiązań (związek nieformalny). Bardzo często proponuje się współcześnie takie myślenie, jakoby życie bez ślubu jest małżeństwem bez oficjalnego potwierdzenia, że „tak, kochamy się i chcemy żyć razem”, „nam do szczęścia papier nie jest potrzebny”. I mogłoby się tak wydawać, że to różnica tylko formalna. Jednak takie podejście bliższe jest związkowi zwanemu konkubinatem, charakteryzującemu się tym, że dwoje ludzi podejmuje decyzję o wspólnym życiu ze względu na łączącą ich miłość, planują ze sobą przyszłość, chcą mieć dzieci, wspólnie podejmują koszty utrzymania, „zaciągają” kredyty. Nie decydują się na ślub, ponieważ uważają, że tego nie potrzebują, lub po prostu nie mogą się pobrać ze względu na wcześniejsze związki, trwające nadal małżeństwa. Kohabitacja w bardzo wielu kwestiach różni się od małżeństwa. Uświadomienie tych różnic, pozwoli nam w dalszej części podjąć próbę oceny tego zjawiska. Przyjrzyjmy się założeniom emocjonalnym, motywacyjnym, prokreacyjnym, ekonomiczno-prawnym oraz etycznym.

Podłoże emocjonalne

Podstawą do wejścia w kohabitację niekoniecznie musi być miłość. Trudno byłoby mówić o miłości, gdy decyzja zostaje podjęta w bardzo krótkim czasie od poznania się, wtedy czynnikiem spajającym dwoje ludzi jest zakochanie, czasem pary deklarują, że łączy ich jedynie wspólna satysfakcja seksualna lub „przygoda” - wspólna wyprawa w nieznane. Czasem wspominają o tym, że chcą zamieszkać, żeby się lepiej poznać.

Motywacją do podjęcia wspólnego zamieszkania jest bardzo często moda, powszechność zjawiska („wszyscy tak robią, ja także chcę spróbować”), przyzwolenie społeczne a nawet rodzinne na taką formę życia (niejednokrotnie rodzice obu stron wspomagają młodych w tej decyzji, zachęcają do niej, a nawet wspierają finansowo kupując lub wynajmując dla nich mieszkanie). Młodzi ludzie bardzo często jako powód podjętej decyzji wymieniają chęć sprawdzenia się, „przetestowania” czy potrafimy razem ze sobą żyć, mieszkać, czy mamy podobne potrzeby seksualne, „nie chcemy kupować kota w worku”, tj. nie chcemy ryzykować, że wejdziemy w nieudane małżeństwo.

Dość prostą, ale często spotykaną motywacją jest powielanie takiego stylu życia, bez głębszej refleksji i generalizowanie: „bo wszyscy tak żyją, więc dlaczego nie my”. Czasem decyzja oparta jest na ciekawości: „dlaczego nie spróbować”, ocenianiu szans aktualnego związku „zaryzykujmy, nic nie tracimy”. Występujący lęk („a jak nam się po ślubie nie uda, lepiej spróbować wcześniej”), najczęściej budowany jest na negatywnych doświadczeniach w rodzinach pochodzenia (rozwody rodziców, przemoc domowa, uzależnienia, związki pozamałżeńskie członków rodziny, brak wiary rodziców w sens własnego małżeństwa, brak szacunku i miłości wzajemnej rodziców). Częstym jest także motyw wygody i ekonomiczności (jedno mieszkanie, wspólne zakupy, wzajemna pomoc).

Ekonomia związku kohabitacyjnego opiera się na odrębności, niezależności finansowej, inaczej niż w małżeństwie, które zakłada wspólnotę majątkową. Najczęściej wspólne gospodarowanie objęte jest wzajemnymi uzgodnieniami, dzieleniem się kosztami utrzymania, brak jest określania materialnych części wspólnych. Partnerzy dzielą np. wyposażenie mieszkania jako moje lub twoje. Podejście takie według par kohabitujących, pomaga w sytuacji rozpadu związku, każda ze stron zabiera ze sobą to, co „wniosła”.

Trwałość związku reguluje wzajemne przekonanie o tym, czy jeszcze jest nam ze sobą dobrze, czy już nie. Podejście praktyczne o tym, co w domu jest „moje”, przekonuje, że fundamentem związku jest tymczasowość. Założenie o nierozerwalności jest odrzucone na wstępie, za obopólną zgodą.

Prokreacyjna postawa w związku jest bardzo czytelna i jasno określona: tymczasowość i brak założenia o nierozerwalności zakłada, że „rozsądnie by było” nie posiadać „wspólnych” dzieci. Związek nastawiony jest na ewentualny rozwój relacji partnerskiej, nie zakłada, że musi przekształcić się w rodzinę. Łatwiej zakończyć związek, jeśli nie mamy wspólnych zobowiązań, w tym także zobowiązań rodzicielskich. Taka postawa zakłada, że należy podjąć wszelkie skuteczne kroki w zakresie zapobiegania ciąży, czyli skuteczną antykoncepcję lub działania wczesnoporonne lub aborcyjne w sytuacji nieplanowanej ciąży. To konsekwencja wcześniejszego podejścia tymczasowego i praktycznego bez konieczności pozbawiania siebie przyjemności i ograniczania w życiu seksualnym.

Aspekty prawne

Ponieważ funkcjonowanie związku nie ma podłoża formalnego, umowa o wspólnym zamieszkaniu jest umową ustną, odrębność majątkowa także ma wymiar umowy nieformalnej. Rozpad związku, który nie jest zalegalizowany, nie musi być prawnie rozwiązany. W przypadku zrodzenia dzieci, po rozpadzie związku oboje rodziców ma pełne prawa rodzicielskie, co niejednokrotnie jest przyczyną konfliktów o miejsce zamieszkania dziecka, finasowanie jego utrzymania. Niejednokrotnie sąd rodzinny musi rozstrzygać ten brak zgody (często podniecany przez rozczarowanie związkiem czy wrogość rodziców).

Etyczny wymiar takiej formy związku nieformalnego zależy od wyznawanych przez parę zasad i wiary. Kościół Katolicki nie akceptuje takiej formy życia wspólnego na podstawie przykazania Dekalogu „nie cudzołóż”. Brak ślubu, czyli sakramentu, jest jawnym przeciwstawieniem się porządkowi wskazanemu przez Biblię, czyli Bogu. Taki związek jest na wskroś ludzki i nie może być przez człowieka wierzącego przyjęty jako alternatywna forma małżeństwa. Nasuwa się jednak wątpliwość, czy bez względu na wyznawaną wiarę etyczne jest wchodzenie w związek z założeniami czysto konsumpcyjnymi, nastawionymi na maksimum korzyści przy założeniu, że koszty takiego związku mają być minimalne. W skrócie można powiedzieć: jeśli jest mi z tobą dobrze, mieszkamy razem, jeśli się między nami nie układa, rozchodzimy się bez zobowiązań” – a to nigdy nie jest prawdą, gdyż każdy związek angażuje emocjonalnie i zawsze po odejściu ponoszone są koszty po obu stronach.

Dlaczego tak?

Nieco teorii na temat kohabitacji rzuca światło na taką formę życia, rodzi jednak pytanie: dlaczego tak duży odsetek ludzi decyduje się na nie, mimo że deklaruje w przyszłości stworzyć związek stały, monogamiczny, zalegalizowany. Młodzi ludzie chcieliby posiadać wspólne dzieci i tworzyć szczęśliwą, spójną rodzinę. Dlaczego więc decydują się na takie życie we dwoje?

W jednym z polskich badań ankietowych „dotyczącym małżeństwa, kohabitacji oraz innych form związków nieformalnych” blisko połowa badanych na pytanie „dlaczego nie chcesz brać ślubu” jako najważniejszy powód wskazywała: „zawarcie związku małżeńskiego nie chroni przed rozpadem związku” (47,5 %), „państwa nie powinno obchodzić, jak układam sobie prywatne życie” (35%), „zawarcie małżeństwa w jakimś stopniu ogranicza partnerów” (22,5%), „rozwód stwarza wiele problemów” (18%).

Z przytoczonych danych jasno wynika, że młodzi ludzie mimo, że marzą i chcieliby stworzyć trwałe rodziny, bardzo często nie wierzą, że jest to możliwe, od razu zakładają, że najprawdopodobniej zakończy się rozwodem, więc po co brać ślub. Ograniczenie w małżeństwie jest postrzegane jako zagrożenie, mimo że jest wiadomym, że każda interakcja z drugim człowiekiem opiera się na pewnego rodzaju kompromisie i ograniczeniu. Tak wygląda sytuacja w pracy, klubach sportowych, rodzinach, a nawet związkach nieformalnych. Życie obok siebie zakłada nieustanną konieczność umawiania wspólnych zasad, planów, organizacji budżetu, przestrzeni, przyszłości (choćby tej najbliższej). Można powiedzieć, że wyłania się zatrważający obraz całkowitego braku zrozumienia istoty małżeństwa i ślubu. Nawet sytuacja państwa zależy od sytuacji związków, małżeństw i rodzin. I nie jest bez znaczenia, czy para stwarza możliwości do pojawienia się potomstwa, które jest gwarantem stabilności chociażby systemu emerytalnego. Myślenie o tym, że państwo nie powinno interesować się moim związkiem zakłada, że w gdy będę w podeszłym wieku, także nie powinno się mną interesować?

Takie przesłanki i dane skłoniły wiele ośrodków naukowych (nie tylko w naszym kraju) do postawienia pytania, jakie konsekwencje mogą wynikać z powszechnego wchodzenia w związki kohabitacyjne. Czy przejście od kohabitacji do małżeństwa zalegalizowanego niweluje jej skutki, zwiększa prawdopodobieństwa trwałości zawartego związku?

Wyniki badań nie napawają optymizmem i jestem przekonana, że ich znajomość powstrzymałaby wiele par przed taką decyzją. Na podstawie badań stwierdzono, że:

  • mieszkanie przed ślubem stanowi poważne ryzyko dla jakości i trwałości zawieranego w późniejszym czasie małżeństwa,
  • małżeństwa poprzedzone kohabitacją charakteryzuje wyższa częstość separacji i rozwodów (ok. 50%!) niż małżeństwa bez wcześniejszego zamieszkania, ponieważ partnerzy nie mają motywacji, aby walczyć o ich utrzymanie,
  • im dłuższy okres kohabitacji przed ślubem, tym większe prawdopodobieństwo rozpadu małżeństwa,
  • w okresie kohabitacji wykształcają się postawy i zachowania zagrażające późniejszemu małżeństwu, np. większy indywidualizm, egoizm, większa akceptacja rozwodu, mniejsze przywiązanie do małżeństwa,
  • związki kohabitacyjne podejmują najczęściej osoby nieprzygotowane do małżeństwa,
  • staż funkcjonowania w związku niezalegalizowanym i później w związku małżeńskim sumuje się i partnerzy szybciej wkraczają w naturalna fazę kryzysu małżeńskiego (błędnie rozumianego jako pomyłkę co do wyboru partnera, braku sensu małżeństwa),
  • poziom zadowolenia partnerów w kohabitacji spada wraz ze wzrostem stażu związku,
  • brak poczucia bezpieczeństwa u kobiet (brak stabilizacji, brak stałego „gniazda”) sprzyja kształtowaniu się postaw agresywnych, depresji, nerwicy,
  • sytuacja kohabitacyjna może być podobna do relacji szef-podwładny (sprawdzam, czy się nadajesz, jeśli nie, szukam innej osoby na twoje miejsce), co oczywiście podważa zaufanie, szczerość, zachęca do grania ról, przekreśla szansę na bycie sobą w związku, powoduje poczucie kontroli i obserwacji, utrzymuje się brak dobrego środowiska do rozwoju miłości bezwarunkowej.

W świetle powyższych informacji rodzi się podstawowe pytanie: czy warto decydować się na tak ryzykowne życie, czy warto sprawdzać się, czy wolno eksperymentować na własnym i cudzym życiu, czy ma sens ponoszenie kosztów takiego doświadczenia?

Może właśnie w tym miejscu warto zatrzymać się na refleksję:

  • dokąd zmierzają związki „na próbę”,
  • co z rozwojem prawdziwej miłości, gotowej do poświęcenia i służby,
  • co z potrzebą stabilizacji dla wszystkich członków rodziny, a szczególnie dzieci,
  • czym jest (powinno być) szczęście we dwoje,
  • gdzie zagubiona została czystość przedślubna, stojąca na straży małżeństwa,
  • kto weźmie odpowiedzialność za konsekwencje wynikające z nieskrępowanego seksu bez zobowiązań,
  • kto dał nam prawo kwestionowania prawa Bożego dotyczącego małżeństwa i rodziny?

Teoretycznie, człowiek wierzący nie powinien mieć dylematu, czy decydować się na takie zamieszkanie razem bez ślubu. Opierając się na zaufaniu, że Bóg nas kocha i chce dla nas dobrze, wierzymy, że z Jego błogosławieństwem, związanym z sakramentem małżeństwa, wszystkie trudności, jakie nas spotkają, razem zdołamy pokonać. Okres oczekiwania na ślub natomiast jest czasem poznawania siebie, usprawniania komunikacji, rozeznawania swoich potrzeb i dążeń a czasem sprawdzania wszystkich aspektów małżeństwa. Wiemy, że nie jest to takie proste, zbyt mało w nas zaufania do Boga i jego planu dla nas, zbyt duże zaufanie do naszej przedsiębiorczości, zaradności, sprytu, zbyt dużo lęku przed prawdziwym uczuciem i życiem w małżeństwie „na maksa” na dobre i złe, zbyt dużo rozczarowań poprzednimi związkami, często raniącymi, zbyt duże przyzwolenie na używanie seksualności według własnych zachcianek, a nie podporządkowanej jedności w związku i prokreacji, zbyt nisko ceniona wierność, która może być gwarantem bezpieczeństwa, zbyt często rodzice dorosłych dzieci zachęcają do takiej formy „sprawdzenia się” prawdopodobnie dlatego, że sami nie są w swoich małżeństwach szczęśliwi i chcą „uchronić” swoje dzieci przed rozczarowaniem.

Jak zatrzymać ten trend „życia na próbę”, jak odnowić zaufanie do drugiej osoby i wartość małżeństwa? Co ja mogę zrobić w swoim życiu, w rozmowie z innymi, by zmieniać tę kohabitacyjną tendencję? Co ja tak naprawdę myślę o życiu bez ślubu? Warto zastanowić się nad tym w Namiocie Spotkania.

Joanna Wojtczak

Bibliografia
Janicka I.: Kohabitacja a małżeństwo w perspektywie psychologicznej. Studium porównawcze. Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2006.
Janicka I.: Perspektywy związków kohabitacyjnych, [w:] Psychologia rodziny. Małżeństwo i rodzina wobec współczesnych wyzwań, (red.)
Janicka I.:Kohabitacja a małżeństwo, Łódź 2006r. (A Booth, D.Johnson)
Rostowska T. Wydawnictwo Difin, Warszawa 2009.
Kryczka P.: Obyczajowość przedmałżeńska. Tendencje zmian, [w]: Dyczewski L. (red.): Małżeństwo i rodzina w nowoczesnym społeczeństwie. Wydawnictwo KUL, Lublin 2007.
Lichter D.T., Qian Z.: Serial Cohabitation and the Marital Life Course. Journal of Marriage and Family, 2008, nr 70.
Slany K.: Alternatywne formy życia małżeńsko-rodzinnego w ponowoczesnym świecie. Zakład Wydawniczy Nomos, Kraków 2002.
Szukalski P.: Kohabitacja w Polsce, [w:] Warzywoda-Kruszyńska W., Szukalski P. (red.): Rodzina w zmieniającym się społeczeństwie polskim. Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2004.