Polityka to nie grzech

Robert_TelusJoanna Bątkiewicz-Brożek: Człowiek z Ruchu Światło–Życie jest w Sejmie już drugą kadencję. Da się „pożenić” jedno i drugie?

Robert Telus: No pewnie! Ubolewam, że ludzie zaangażowani w ruchy w Kościele nie wchodzą w politykę. „Bo polityka to brudy”, niech się jacyś „oni” tym zajmują. Ucieczka katolików z polityki – bo przecież przed wojną parlamentarzystami byli nawet księża – to jest pokłosie komunizmu. Ludzie myślą, że tylko wybrani mogą zajmować się polityką, a katolicy niech się przed tym uchronią.

Ale mówi się, że polityka to stara… W każdym razie brudna sprawa.

Dlatego musimy zmienić myślenie o polityce. Bo jej definicja jest piękna: to jest służba dla dobra wspólnego. Wie pani, kto jest największym politykiem? Wcale nie poseł, a strażacy, policjanci, ludzie, którzy pracują dla dobra wspólnego.

Ale w polityce jest sporo karierowiczów.

Niestety. To niech katolicy przywrócą dobre imię polityka. Już ks. Blachnicki zauważył, że nam się wmawia, że polityka jest złem i uprawiają ją źli ludzie. Jeśli postawimy na ludzi sumienia, to się to zmieni. Katolicy nie mogą chować się w zakrystii. Bo jeśli tak, to nasze sprawy załatwi ktoś inny.

„Po co ci to? Zobaczysz, co teraz będą o nas wypisywać” – miała powiedzieć żona Pawła Kukiza, kiedy startował do polityki. Pana żona się tego nie bała?

Żona mnie wspiera, wie, że w mojej naturze jest społeczna działalność. Ale rozumiem obawy pani Kukiz, bo dziś modna jest permanentna nagonka na polityków. Szuka się haczyków. Media i służby specjalne koncentrują się głównie na tym.

Ksiądz Blachnicki też był otoczony służbami i nigdy się nie poddawał.

Nad zniszczeniem jednego kapłana pracowało prawie 500 osób! Faryzeusz Gamaliel w Sanhedrynie mówił: dajcie spokój z walką z apostołami. Jeśli to, co robią, jest ludzkie, to zginie, jeśli od Boga pochodzi, to przetrwa. Oby się nie okazało, że walcząc z apostołami, walczycie z Bogiem. To samo jest tu, w Sejmie. Atakować będą nas zresztą wszędzie. Kiedyś w debacie w radiu – a trwała właśnie pikieta matek niepełnosprawnych dzieci przed Sejmem – zaatakowano mnie, że ten bałagan jest winą PiS, bo głosował przeciw aborcji. „Wyszedłem z siebie” i powiedziałem, że po pierwsze niech sami powiedzą tym matkom, że miały zabić dzieci. Po wtóre, że ja mam już jedno dziecko po drugiej stronie życia. I dałbym wszystko, by móc je przytulić, nawet niepełnosprawne. Mówię to, bo czasem trzeba dać świadectwo. Więc potrzeba w Sejmie ludzi wiary i takich, którzy będą stymulować sumienia!

Wierzy Pan, że Pana reakcja wpłynęła na zwolenników aborcji?

Zamknęła dyskusję, nikt mnie już nie atakował. Jeden z posłów z SLD zaatakował kiedyś Kościół w Sejmie. Pytam: „Jesteś ochrzczony? To po co to robisz?”. Zmieszał się. Potem powiedział: „Mam swoich wyborców”. To jest dwuznaczność. A potrzeba nam ludzi jednoznacznych.

Czuje Pan satysfakcję z pracy?

Ogromną. Jedynym problemem jest poczucie straty, bo nie ma mnie w domu. Praca w Sejmie jest pracą non stop w delegacji. Czasem w piątek dochodzi do mnie, że nie wychodziłem z sejmu na zewnątrz przez cały tydzień.

A ma Pan liczną rodzinę…

Piątkę swoich dzieci i wychowywaliśmy z żoną piątkę w rodzinie zastępczej. Najmłodszy, Franek, ma trzy latka. Ostatnio wchodzę do domu, a on rzuca: „Tatuś! A będziesz dzisiaj u nas spał?”. (śmiech) Ale to mnie boli…

Nie żyje Pan w konflikcie sumienia: z jednej strony Polska, z drugiej rodzina?

To nie daje mi spokoju. Mimo że jestem co weekend w domu, a gdy są poselskie wyjazdy w soboty, to zabieram rodzinę, wiem, że nasza więź na tym traci. Ale są i dobre strony, bo kiedy się żegnam z żoną, już myślę o tym, kiedy się będziemy witać. (śmiech)

Od kiedy jesteście rodziną zastępczą?

Dziesięć lat temu przyjęliśmy pierwsze dzieci. Potem założyliśmy z przyjaciółmi fundację „Dar dla potrzebujących” i rodzinny dom dziecka w Mroczkowie. Prowadzą go siostry służki z Mariówki. Myślimy o następnym w Opocznie. A z rodziny zastępczej mieszka z nami już tylko jeden chłopak, ma 24 lata i jest niepełnosprawny umysłowo, ale wdzięczny i kochany. Inni się usamodzielnili, Nadia natomiast – dziewczynka, którą wzięliśmy jako kilkumiesięczne niemowlę – w trzecim roku życia została adoptowana przez inną rodzinę.

To rzadkość, żeby polityk angażował się w taką pomoc innym.

Wszystko ma swoje źródło w oazie! Pojechaliśmy z żoną na pierwszy stopień rekolekcji Ruchu Światło–Życie. Obok ośrodka w Rudniku nad Sanem był dom dziecka. Mieliśmy wtedy trzy córki. I zrodziła się w nas myśl, aby zaangażować się w pomoc innym dzieciom. Potem myśl zgasła, bo Wiktoria, najmłodsza pięcioletnia córka, właśnie nam umierała… Mimo to rozmawialiśmy z żoną: mamy duży dom, a jest tyle dzieci, które nie mają dachu nad głową. Usiedliśmy z naszymi dziećmi, pytając co one na to. Karolina, 11-latka, mówi: „Tatuś, jak ty sobie to wyobrażasz, że twoją miłością będę się dzielić z obcą osobą?”.

I co Pan odpowiedział?

Zamurowało mnie. Musiało minąć trochę czasu, żeby dzieci same przyszły do nas i zapytały: To co z tymi dziećmi? Potem przeszliśmy kursy, terapie. I czekaliśmy. Pamiętam, był 22 grudnia. Zadzwoniła pani kurator do domu: „Są dla was dzieci, ale sytuacja jest ciężka”. „A jaka?” – pytam. „Jest 15-letnia dziewczyna i jej trzydniowe niemowlę. Do Wigilii musimy wypisać je ze szpitala”. To było bardzo trudne. 15-latka przyszła z wielkiej patologii. Nie umiała nawet czytać. Skończyła szkołę, dzisiaj pracuje i jest wspaniałą matką. To jest nasza największa satysfakcja!

Całą rodziną jesteście w Ruchu Światło–Życie?

Tak, jeździmy na rekolekcje razem. Pamiętam, jak wzięliśmy Na- dię 17 czerwca, miała trzy miesiące, a 20 czerwca już na rekolekcjach byliśmy z nią. (śmiech) Starsze dziewczyny są dziś animatorkami w ruchu. To są nasze „oazówki”!

Ilu „ludzi Blachnickiego” jest w Sejmie?

Członkami Zespołu jest 55 osób, w tym kilku członków AK, a większość to – jak pani powiedziała – ludzie Blachnickiego, czyli po formacji RŚW.

Jak się rozpoznaliście?

Na korytarzu spotkałem posła Henryka Kowalczyka. I od słowa do słowa: „Heniek, ty jesteś też z oazy? (śmiech) Potem Andrzej Dera też się przyznał. I Iza Kloc, obecnie senator, oraz Gosia Pępek. Nagle zrobiła się grupka.

W samym PiS?

Także w PO. Tam są też ludzie z Akcji Katolickiej. Mówię: „Jest tyle spraw, musimy się wspierać”. Jak ogłosiliśmy, że powstaje grupa, zrobiło się nas kilkudziesięciu! I zarejestrowaliśmy oficjalną grupę.

Jak Was przyjęto w Sejmie?

Ruch Palikota natychmiast próbował założyć zespoły „anty”. To umarło. My trwamy.

A jak się to przekłada na rzeczywistość w parlamencie?

To my np. zainicjowaliśmy projekt wolnej niedzieli. Zorganizowaliśmy wystawę „Odczarować zespół Downa”. Zajmujemy stanowiska – ostatnio przy okazji procesu sądowego abp. Józefa Michalika z feministkami.

Co to daje?

Oficjalne stanowisko zespołu parlamentarnego musi przeczytać premier. To zawsze jest bodziec. Reagujemy na różne pomysły posłów. Jedna z posłanek chciała np. z feministkami zorganizować w Sejmie kongres ruchów ateistycznych. Nasi marszałkowie próbowali to zablokować. Posłanka argumentowała, że poseł Telus organizuje katolickie sympozja. No tak, ale za Telusem stoi oficjalny organ sejmowy!

Macie wpływ na ustawy o in vitro czy o związkach partnerskich?

Mielibyśmy, gdyby nas było więcej. W Sejmie potrzeba ludzi z ruchów katolickich. W szeregach PO są tacy. Ale jest ich za mało. I tam panuje dyscyplina partyjna, mocno pilnowana przy sprawach takich jak in vitro. Za jej złamanie poseł płaci karę tysiąc złotych. I czasem widzę, jak moi koledzy w tych delikatnych sprawach walczą ze sobą. Wyjmują kartę z głosowania. Budzi się we mnie wtedy bunt. Myślę: jesteś katolikiem, czemu się wycofujesz? Z drugiej strony żal mi ich.

Ale czy poseł katolik może się tak zachować, iść na kompromisy?

W sprawach życia, w tych, które dotyczą wiary – nie. W PiS nie ma dyscypliny w sprawach światopoglądowych.

Sporo katolików PiS kojarzy jako swoją partię. Skąd mają mieć pewność, że będziecie głosować zgodnie z nauczaniem Kościoła?

Ale w naszej partii są nie tylko katolicy. Będąc osiem lat posłem, nigdy nie złamałem sumienia. Poza tym w PiS jest mocno sugerowane, żebyśmy głosowali za życiem.

Gdy piszemy w GN o Robercie Schumanie, ojcu Unii Europejskiej, że nosił różaniec, modlił się za Europę, ludzie reagują, tęsknią za takimi politykami.

Też noszę przy sobie różaniec.

Za Polskę Pan się modli?

Codziennie odmawiam dziesiątkę Różańca, tajemnicę Zmartwychwstania, za mój kraj. O 7.30 rano uczestniczę we Mszy. Dzisiaj było nas 18 posłów w kaplicy sejmowej. Nie tylko z PiS-u.

Z SLD też?

Dziś nie widziałem, ale jak są Msze za ofiary katastrofy smoleńskiej, to przychodzą.

Przed ważnymi ustawami ponoć modlicie się w kaplicy.

Przed głosowaniem projektu ustawy o aborcji eugenicznej trwała całodobowa adoracja przy Najświętszym Sakramencie. Kapelan powiedział: „Nie wyobrażam sobie, że ktoś, kto tu klęczy, zagłosuje za zabijaniem. Macie przekonywać innych do obrony życia”.

Uderzyło mnie w czasie ostatniej sesji o ks. Blachnickim w Sejmie Pana wołanie do oazowiczów: „Angażujcie się, bo polityka jest święta!”.

Bo to jest służba święta. Tu powinny być elity katolickie, a ich nie ma! Jestem przekonany, że na tej sali siedzieli przyszli posłowie.

Blachnicki też tak wołał. To czemu się tak boimy?

Mówił, by służyć innym w dawaniu siebie. My się ciągle boimy słowa „polityka”. I nawet w kontekście tej konferencji wolimy mówić o nauczaniu ks. Blachnickiego w sferze społecznej. Ale on używał słowa „polityka”. Oczywiście do polityki trzeba mieć powołanie. Wielu jednak się boi, albo uważają, że się nie przebiją. Po raz pierwszy startowałem w wyborach z 14. miejsca. To pozycja stracona. A dostałem się do Sejmu!

Może straszakiem jest też wizja ciągłej walki, a to z lobby gejowskim, a to z aborcją. Nie ma Pan czasem dość?

Czasem mam. Kiedyś przy rozmowie z moim ojcem duchowym, teraz śp. ks. Janem Wojtanem, który współpracował osobiście z ks. Blachnickim, powiedziałem, że mam ochotę z tego uciec. A on na to: „Jak ty, Robert, wyjdziesz, to w twoje miejsce ktoś inny wejdzie. Skąd wiesz, czy będzie reprezentował nasze wartości?”. Codziennie o godzinie 21 za- mykam za sobą drzwi pokoju w hotelu poselskim. Wtedy zapada cisza. I to jest najtrudniejszy moment, bo najbardziej odczuwam brak rodziny. I nie dziwię się, że wiele osób w takiej sytuacji sięga w samotności najpierw po jedno piwo, potem po dwa… Jestem w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, podpisałem i nie piję. Ruch, który mnie uformował, to jest moje źródło i to daje mi siłę.

Będzie Pan startował dalej?

Tak, bo polityka to jest moja misja.

rozmowa opublikowana w “Gościu Niedzielnym” nr 18/2015